Instrukcja obsługi książki

Instrukcja obsługi książki

Nie tak dawno zapowiadałam, że podzielę się swoimi przemyśleniami na temat częstego czytania oraz czytelniczymi planami na ten rok. A więc dzielę się.

52/2016? Zapomnij!

Chcesz czytać więcej? Ok, tylko najpierw zastanów się czy większa liczba przeczytanych książek coś zmieni. Czy będziesz to robił dla siebie czy też może po to by zyskać w oczach innych. odpowiedz sobie szczerze na pytanie o powody dla których wydaje Ci się, że czytasz za mało. Może jest tak dlatego, że czytanie tak naprawdę nie jest dla Ciebie formą odpoczynku? A może w tym momencie rzeczywiście nie starcza Ci już czasu i sił na codzienne zmagania z tekstem? Albo też na Twoją ocenę negatywnie wpływa rozliczanie czytelnictwa jedynie na podstawie liczby przeczytanych książek?

Niezależnie od tego, co może być powodem Twojego postanowienia by czytać więcej, nie polecam podejmowania wyzwania 52/2016. Po pierwsze dlatego, że nie każdy tydzień tego roku da Ci tyle samo wolnych godzin. A już na pewno dlatego, że nie wyobrażam sobie, żeby przyjemnością być mogło czytanie planowane w czasie na zasadzie „codziennie po obiedzie 30 minut”. Tak się na dłuższą metę zwyczajnie nie da. Każdy ciekawszy fragment, niespodziewany telefon czy choćby choroba mogą wszystko zepsuć. Dodatkowe ograniczenie stanowić będzie liczba stron jaką w zadanym czasie będziesz mógł przeczytać. Z terminami na przeczytanie żegnałeś się w szkole średniej. Naprawdę chcesz na własne życzenie do tego wracać? Gwarantuję Ci, że nie warto. Lepiej natomiast kierować się jedną prostą zasadą.

Czytaj to, co chcesz i kiedy chcesz

Lepszej rady chyba nie można sobie wyobrazić. Jeżeli czytasz żeby komuś zaimponować, siadanie do książki będzie sprawiało Ci trudność a cały proces zapoznawania się z pozycją przeciągnie w czasie. Jeśli natomiast trafisz na książkę, od której nie będziesz w stanie się od oderwać i nim się obejrzysz dotrzesz do ostatniego rozdziału, to znaczy, ze trafiłeś w dziesiątkę. Wybierając tytuły pamiętaj że masz ograniczony czas i nie zdążysz przeczytać wszystkiego. Wybieraj to, co Cię ciekawi i nie miej skrupułów by przerwać czytanie książki, gdy przestanie sprawiać Ci to radość. Nie czytaj książki, którą ktoś ci podarował w prezencie jeżeli nie jest ona w Twoim guście. Nawet jeżeli według tej osoby jest to ogromnie ważne. Przy wyborze kieruj się intuicją – tu możesz sobie na to pozwolić. Niech czytanie Cię inspiruje, pomaga zrozumieć świat i dostarcza rozrywki.

Kiedy czytam?

Podejście do czytanie już zaprezentowałam. Natomiast techniki by cały czas mieć kontakt z książką znam przeróżne. Osobiście ogromny problem sprawia mi czytanie w domu. Zawsze znajdę sobie inne zajęcie, które odciągnie moją uwagę. O ile jeszcze będzie to czytanie w sieci – gdzie najczęściej zaglądam po informacje z interesujących mnie w danym momencie tematów i rozrywkę głównie w postaci recenzji filmów –  to pół biedy. Gorzej, gdy czas wolny przeznaczę na przesiadywanie w mediach społecznościowych albo gdy wciągnie mnie sprzątanie najróżniejszych rzeczy (a potrafię zajmować się wszystkim, co może być w tej kwestii poprawione tak długo aż zabraknie mi sił). Dlatego też często, niemal zawsze czytam w drodze, w komunikacji miejskiej. Co prawda moja podróż do i z pracy zazwyczaj trwa około 30 minut, ale w skali tygodnia daje to już 5 godzin. Dokładając czytanie przy śniadaniu – mój ostatni sposób na częstsze czytanie, który pozwolił mi na ukończenie zaczętego dawno temu zbioru krótkich opowiadań – oraz sporadyczne akcje czytania w domu, udaje mi się znaleźć sporo godzin w skali miesiąca. Tak walczę o cenne minuty na czytanie offline. Niebawem jednak wprowadzę kolejne zmiany w tym zakresie.

Jak będę czytać?

Chciałabym odpowiedzieć, że długo i że przeczytam niemal wszystko. Ale tak się nie da. Ograniczeniem jest nie tylko czas, ale również gabaryty książek. Trudno przecież wyjąć co pokaźniejsze tomiszcze, gdy stoi się w zatłoczonym tramwaju. Nie mówiąc o tym jak od trzymania takiej cegły jedną ręką można sobie nadwyrężyć nadgarstek (przerabiałam próbując czytać Grę o tron, poddałam się). Ten problem planuję skutecznie rozwiązać pokonując swoją niechęć do elektroniki i kupując Kindle’a. Moim celem na najbliższe miesiące jest również przeczytanie tego, co udało mi się zgromadzić w biblioteczce i pozbycie się zbioru. To postanowienie wpisuje się w założenie ograniczania stanu posiadania, o którym jeszcze co nieco wspomnę w kolejnych wpisach.

Co będę czytać?

Wyzwań czytelniczych bazujących na zwiększaniu ilości nie lubię, ale te poszerzające horyzonty bardzo. Na ten rok postanowiłam więc zmierzyć się z propozycją, którą znalazłam na stronie Nie jestem statystycznym Polakiem, lubię czytać książki na Facebooku. Samą stronę jako źródło dobrych poleceń oraz zabawnych treści związanych z książkami i byciem ich miłośnikiem szczerze polecam. Zakłada ona czytanie książek pasujących do konkretnych kategorii. Wybierając samodzielnie swoje lektury często ograniczam się do dwóch czy trzech autorów/ gatunków. Przez to niejednokrotnie tracę okazję do zapoznania się czymś, co być może byłoby dla mnie interesujące. Zabawa ta jednak wydaje mi się mało ciekawa, gdy książki do kategorii dobierać będę sama.  Dlatego też na koniec tego wpisu zwracam się do Was z prośbą o polecenie tytułów, które będą pasowały do tych haseł. Zaskoczcie mnie podając tytuły w komentarzach. Będę czytać.

wyzwanie

Weekend pełen gier, czyli zjAva 7

Weekend pełen gier, czyli zjAva 7

Poprzedni weekend spędziłam w sposób najlepszy z możliwych. Wraz ze znajomymi wybrałam się na zjAvę. W świecie planszówek zniknęłam na niemal 20 godzin. I zagrałam bądź obejrzałam rozgrywkę podobnej liczby tytułów. Zobaczcie co spodobało mi się najbardziej.

Zagrajmy w coś, co wymaga myślenia!

Czyli mój standardowy tekst, gdy chcę się rozerwać grając w planszówkę. To nieco masochistyczne podejście daje mi spokój sumienia i dzięki niemu mimo wszystko odpoczywam. Po krótkim rozeznaniu zdecydowaliśmy się zagrać w Termity – nową pozycję od Rebela. Gra wydawała się na tyle prosta, by szybko opanować reguły i na tyle złożona, by mój warunek myślenia został spełniony. W grze wcielamy się w niej w przywódcę roju tytułowych termitów, a naszym celem jest tak pokierować dostępnymi jednostkami go tworzącymi tak, aby przejąć kopce przeciwnika i nie utracić własnych. Na koniec liczy się oczywiście suma punktów na kontrolowanych przez nas kopcach.

 

termity

Plansza po zakończonej rozgrywce. Po prawej kopce – niestety z papieru – a na zasłonce ściągawka z możliwości jednostek.

Każdy rój tworzą cztery typy jednostek. Mamy więc termity zdolne pluć śluzem, latać, intensywnie się przemieszczać i takie, które mają wysoką moc bojową. Ale…podobnie jak w Neuroshimie Hex – każda armia termitów ma inny rozkład jednostek, a więc i inną optymalną strategię zwycięstwa. Dużo możliwości, konieczność planowania swoich ruchów i przewidywania posunięć przeciwnika – zdecydowanie to lubię, a grę polecam tym, dla których strategia ma ogromne znaczenie. Choć zasady wydają się być bardzo proste to rozgrywka jest naprawdę wymagająca.

Ten tytuł jest tak absurdalny, że musimy w to zagrać!

Gdy zobaczyłam pudełko tej gry wiedziałam, że nie mogę przejść obok niej obojętnie. Potem przeczytałam opis i bez wahania wypożyczyłam. Farmageddon – bo o tym tytule mowa – to szybka gra karciana, w której naszym celem jest zarobienie jak największej liczby pieniędzy. Brzmi dobrze prawda? Jeśli dodam, że pieniądze zarabiamy uprawiając pole niczym bohater słynnego programu o rolnictwie to może z tego wyjść niezła zabawa. Zwłaszcza, że możemy również  skutecznie utrudniać prowadzenie upraw innym graczom. Przezabawne nazwy upraw i kart specjalnych – takie jak choćby Zrywna Marchewka, Ziarnko ze Starbunia czy Zmutowana superglizda – to wisienka na torcie. Zasady przyswoiliśmy dosłownie w pięć minut. Przygotowanie do gry zajęło nam jeszcze mniej. Przebieg rozgrywki jest dynamiczny, a karty pozwalają na wiele tzw. „kombosów”. Wydawca zapowiadał, że będzie to „gra losu, strategii i rolniczej sieczki”. Zdecydowanie była.

Może coś kooperacyjnego z „klimatem”?

Bardzo lubię gry kooperacyjne.  Ich ogromną zaletą jest nie tylko konieczność odejścia od standardu myślenia o rozgrywce jako starciu, ale też dużo większa niż w klasycznych mechanizmach możliwość interakcji z innymi graczami konieczna do obrania skutecznej strategii pokonania „planszy”.

alca

Plansza w trakcie rozgrywki. Czerwone żetony na kartach graczy symbolizują posiadane elementy planu.

Alcatraz nie jest jednak typową grą kooperacyjną. Wcielamy się bowiem w więźniów którzy spiskują by uwolnić się ze zakładu karnego. Ale… jeden z nich zawsze przegra. W grze bowiem występuje nietypowy dla planszówek kooperacyjnych mechanizm zdrajcy. Gracze więc wykonują zadania i zbierają elementy planu niezbędne do ucieczki, ale jednemu z nich i tak się nie uda. I do końca nie wiadomo któremu z graczy przypadnie w udziale rola przegranego, w grze określanego mianem kozła ofiarnego. Ta niepewność i mroczny klimat stanowią o wyjątkowości Alcatrazu. Polecam spróbować.

Coś szybkiego na trzy osoby?

Na to pytanie obsługa zjAvowego stoiska z grami poleciła nam Flux. Gra była szybka. I była zakręcona. A jej zasady zmieniały się cały czas! Wystarczyło położyć nową kartę, aby rozgrywka przybrała zupełnie inne tory. Na tamten moment – a była jakas druga w nocy i tylko nieliczni poza nami nadal grali – jak znalazł. Jako gra na spotkanie w gronie znajomych sprawdzi się. Choć jej losowość potrafi nieco zirytować tych, którzy podobnie jak ja lubią sobie swoje ruchy zaplanować.

flux

 

Końcowy etap naszej rozrywki. Mamy bardzo ambitny cel gry – różowa karta z prawej to „Pora na imprezę”.  „Inflacja” natomiast – żółta karta skrajnie po lewej – wybitnie przyczyniła się do szybkiego jej zakończenia – liczba zagrywanych i dociąganych kart zaczęła rosnąć w sposób niekontrolowany. Nie było szans by przy takim układzie nikt nie zrealizował celu.

O wiele bardziej spodobała mi się inna szybka karcianka o przeuroczej nazwie Kotobirynt. Skojarzenia z kotami i labiryntem są tu jak najbardziej na miejscu. Gra polegała bowiem na takim ułożeniu kart labiryntu, aby kot mógł dotrzeć do swego opiekuna. Trudność połgała na tym, że każdy w swojej turze otrzymywał tylko dwa ruchy, którymi mogło być obrócenie dowolnej karty lub przesunięcie obecnych z dołożeniem nowej z przeciwnej strony.

koty

 

Początek gry. Labirynt ułożony losowo, ale w dwóch ruchach da się przygarnąć kociaka.

Opis akcji jest bardziej skomplikowany niż ich wykonanie. Sama gra natomiast dedykowana jest dzieciom i można ją rozgrywać w dwóch wariantach – kooperacyjnym i rywalizacyjnym. My oczywiście postanowiliśmy sprawdzić komu uda się przygarnąć najwięcej futrzaków. I udało nam się „popsuć” grę doprowadzając do sytuacji, w której dokładane koty od razu wpadały na konto gracza, który akurat miał kolejkę.  Inżynierowie po PW i gry logiczne muszą się poddać.

Dużo śmiechu, zabawy i nowych gier

Tak było. W tym i tak długim wpisie opisałam tylko gry, które przypadły mi do gustu i te, które rozgrywałam po raz pierwszy. Niektóre gry tylko oglądaliśmy próbując zagrać – nie lubimy długich instrukcji. Graliśmy też w znane nam już dobrze tytuły, a więc między innymi Królestwo w budowie czy Dominion. Nie uwzględniłam też zakupionych od wydawców 7 Cudów w wersji dla dwóch graczy i Istambułu, który nadal oczekuje na dokładniejsze testy. Po pierwszej grze nie żałujemy zakupu – w końcu tytuł najlepszej gry o złożonych zasadach zobowiązuje. Kolejne wpisy planszówkowe zatem niebawem.

Gry, które zmuszą Cię do myślenia

Gry, które zmuszą Cię do myślenia

Mam ogromny sentyment do gier bardziej wymagających. Takich, do których rozegrania potrzeba czegoś więcej niż rozbawionego towarzystwa podczas domówki. Tych, w których przydają się umiejętność logicznego myślenia, tworzenia strategii i szybkiej reakcji na działania przeciwnika. Dziś chcę polecić Wam dwie takie gry. Obie polubiłam od pierwszej rozgrywki.

Splendor

Ta gra urzekła mnie przede wszystkim swoją prostotą. Wystarczy 5 minut tłumaczeń i już jesteś gotów by zagrać. Celem graczy jest zdobycie 15 punktów splendoru. Gdy jeden z nich tego dokona, dana tura kończy się, a osoba, która ma na swoim koncie najwięcej punktów wygrywa. Punkty zdobywać możemy na dwa sposoby – kupując punktowane karty lub goszcząc u siebie arystokratów. Karty natomiast kupujemy wykorzystując surowce w formie żetonów. W każdej kolejce mamy do dyspozycji jedną z trzech akcji: dobranie żetonów, kupno karty lub rezerwację karty.

splendor

 Rozgrywka na 4 osoby. Gracze zdobyli już punkty czy to przez wykupienie karty czy też po wizycie arystokraty. 

Zasady gry są proste. Sama gra jednak daje dużo możliwości i każda rozgrywka jest inna. Bardzo lubię w niej to, że wymaga planowania. Dużym plusem jest też niewielki próg wejścia przez co jest idealna, gdy mamy 3-4 osoby i chcemy rozegrać coś szybkiego, ale nieco bardziej wymagającego (w dwie też można, ale osobiście uważam, że wtedy rozgrywka jest nieco mniej ciekawa). A jak widać na załączonym powyżej zdjęciu gra ma również bardzo ładną oprawę graficzną.

7 Cudów świata

To gra o nieco już wyższym progu wejścia. Nie wszyscy okazjonalni gracze przywykli bowiem do gier polegających na jednoczesnym dobieraniu kart przez graczy, czyli tzw. drafcie. Taka mechanika powoduje, że gra jest dynamiczna, a decyzje podejmować trzeba czasem bardzo szybko, nie wiedząc jednocześnie jakie karty otrzyma się za chwilę. W grze wcielamy się w przywódcę jednego z siedmiu miast antycznych. Celem graczy jest zdobycie jak największej liczby punktów zwycięstwa. Punkty te zdobywać można m.in. rozwijając swój cud, uczestnicząc w wojnach czy inwestując w rozwój nauki.

Rozgrywka podzielona jest na trzy tury, które odpowiadają trzem wiekom rozwoju metropolii. W każdej z nich z siedmiu kart, czyli ręki, gracze jednocześnie wybierają jedną. Gdy już wszyscy zdecydują, karty są zagrywane jednocześnie, a gracze uiszczają koszty. Koszty mogą być dwojakie – albo płacimy złotem, albo surowcami. Po wyłożeniu wykupionych kart gracze przekazują pozostałą rękę sąsiadowi po lewej lub po prawej – zależnie od tego, który wiek aktualnie trwa – i opisane kroki powtarzane są do czasu aż gracze dokonają wyboru z dwóch kart. Ostatnia jest odrzucana, a następnie rozpatruje się wojnę – gracze posiadający siłę armii wyższą niż sąsiedzi otrzymują punkty zwycięstwa, przegrani je tracą. Po dokonaniu tego, rozdaje się karty kolejnego wieku i powtarza opisane wcześniej kroki.

7c

Przykładowy układ kart w rozgrywce na 3 osoby po pierwszej turze. Gracz po prawej ukończył już pierwszy etap swojego cudu.

Na załączonym powyżej zdjęciu zauważyć można, że w grze występują różne typy kart. W zależności od przyjętej strategii – również od wyczucia, jaką obrali inni gracze – dążyć do zwycięstwa można na różne sposoby. Ta różnorodność to moim zdaniem ogromna zaleta tej gry. Drugą jest duża ilość dodatków, które jeszcze dodatkowo urozmaicają już i tak złożoną rozgrywkę. 7 cudów punktuje na plus również tym, że jednocześnie grać w nią może nawet 7 osób.

Bonus – Święto planszówek w Warszawie!

A właściwie święto gier bez prądu, bo na wydarzeniu, o którym mowa nie zabraknie także RPG, bitewniaków i LARPów. W pierwszy weekend lutego do Warszawy zawita kolejna edycja zjAvy, czyli Zimowej Jazdy Avangardowej. Jest to już siódmy rok, w którym Stowarzyszenie Miłośników Fantastyki Avangarda organizuje ten nietypowy konwent. Nietypowość ta polega przede wszystkim na tym, że agenda wydarzenia kładzie nacisk na gry. Nie ma więc miliona sal z prelekcjami, a pozostałe obszary fantastyki – takie jak choćby literatura czy film – nie są tu uwzględniane.

To będzie moja druga wizyta na tym wydarzeniu. Rok temu w niecałe 24h odkryłam bardzo dużo nowych gier, w tym wspomniany wcześniej Splendor. Jak będzie tym razem? Na pewno będę grać. I na 100% w planszówki lub karcianki. Postaram się przetestować jak najwięcej nowych tytułów, a te które mnie szczególnie zainteresują najprawdopodobniej opiszą na blogu.

Jeżeli i wy macie chęć zajrzeć do magicznego świata plansz, sprawdźcie szczegóły wydarzenia. Możecie to zrobić na tej stronie.

Pierwszy z dwunastu

Pierwszy z dwunastu

Styczeń. Miesiąc, który otwiera każdy rok. Wraz z nim obiecujemy sobie, że wprowadzimy zmiany. Robimy postanowienia, których próbujemy się trzymać. A później je porzucamy. Nie tym razem. Ten styczeń przyniósł wiele pozytywów.

Rozsądne cele zweryfikowane

Zadania, które przed sobą postawiłam były tak konkretne jak tylko się dało. Poziom szczegółowości nie obejmował jedynie dokładnej daty realizacji. I zadań tych było bardzo dużo. Także mogłam wybierać w zależności od sił, nastroju czy ilości czasu jaką mogę poświęcić. Z pozoru niewielkie przedsięwzięcia takie jak sprzątnięcie dokumentów w szafce czy przejrzenie biżuterii złożyły się na bardzo duży cel jakim jest dobre samopoczucie przy przebywaniu w domu. Zadanie to akurat jest już niemal ukończone – bo takie wyniesienie zbędnych przedmiotów stanowi dla mnie osobne wyzwanie – a świadomość jak wiele bibelotów potrafię zgromadzić to cenna informacja na przyszłość.

Duży projekt ukończony

Projekt tak niespodziewany jak zmiany pogody. Pisałam w podsumowaniu minionego roku, że od listopada konsekwentnie, niezależnie od pogody czy tego, co danego dnia robiłam wcześniej, wychodzę biegać trzy razy w tygodniu. Aktywność ta związana była z realizacją programu „Biegaj 40 minut”. W chwili, w której to piszę kończy się dzień w którym sprostałam wyzwaniu. Co więcej biegłam nie przez 40 a przez ponad 50 minut. W tym czasie udało mi się pokonać ponad 6 kilometrów. Biorąc pod uwagę fakt, że na początku listopada nie było mowy o tym, abym bez zadyszki przebiegła kilometr mogę powiedzieć tylko, że zaskoczyłam samą siebie bardzo pozytywnie. Nie planuję zamieniać swojej przygody z bieganiem w starty w maratonach, ale bieganie na pewno pozostanie ze mną jako forma odpoczynku po całym tygodniu. Uwielbiam weekendowe bieganie po lesie.

Dobro się pomnożyło

Styczeń zakończyłam z realizacją czegoś, czego bardzo długo nie mogłam uczynić. W ostatnią sobotę miesiąca po raz pierwszy w życiu oddałam krew. Pokonałam tym samym strach przed igłami, nakłuwaniem czy omdlewaniem. Choć sam akt oddania nie należał do najprzyjemniejszych, bardziej bolała mnie związana z nim konieczność spożycia tak dużej ilości niezdrowego jedzenia. Mentalnie cierpiałam, gdy lekarz zaleciła mi zjedzenie batonika w czekoladzie i wypicia przesłodzonego soku. Koniec tego wyzwania jest jednak dużo bardziej pozytywny niż tylko siła by nie jeść kupować gotowych słodyczy. Taka umowa z samym sobą jest bardzo wygodna, gdy jest się zbyt leniwym by piec i wystarczająco silnym by bez okazji – takiej jak np. spotkanie z przyjaciółką czy randka – nie konsumować słodyczy w kawiarniach. Albo by w ogóle wtedy do nich nie chodzić. To jest temat na osobny wpis, do którego pewnie powrócę. Teraz cieszę się, bo istnieje duża szansa, że realnie komuś pomogłam. Udostępnianie wydarzenia takiej satysfakcji mi nie dawało.

Przestrzeń opanowana i uporządkowana

Niestety nie kosmiczna, ale ta bardzo przyziemna i dotycząca lokum, w którym sypiam i czasem nawet przebywam. Uporządkowanie rzeczy, które bezrefleksyjnie przywiozłam z domu rodzinnego i zapakowałam do szafek dostarczyło mi wiele spokoju. Jestem też na dobrej drodze do usprawnienia systemu porządków i zaopatrywania domu. Albo raczej niezaopatrywania go w rzeczy zbędne. To kolejny temat, który ostatnio mnie fascynuje – minimalizm. Nigdy nie byłam zwolenniczką poświęcania wielu godzin na porządki, a czystość lubię, także chyba znalazłam rozwiązanie znanego mi od czasów dzieciństwa problemu. Nic tylko zgłębiać temat.

Kulturalnie na całego

Z początkiem roku podjęłam trzy wyzwania na tym polu. Nie było jeszcze osobnego wpisu na ten temat lecz wspomnieć mogę, że jestem zadowolona z dotychczasowych efektów. Postanowiłam więc czytać więcej książek oraz częściej oglądać filmy na dużym ekranie. To wszystko zaś chcę od czasu do czasu urozmaicać wyjściem do teatru lub na koncert. Cele te są wytyczone i niezgodne z teorią skutecznego ich obierania, ale… kultura nie jest dla mnie sferą, w której poruszać chciałabym się według bardzo sztywnego planu. Nie da się zmierzyć dokładnie postępu w celach, które definiuje się jako „zrobię więcej czegoś”, ale mam przekonanie, że radzę sobie lepiej co najmniej z wyborem książki jako formy rozrywki. Zastosowałam w tej kwestii kilka tricków, którymi podzielę się niebawem. Przedstawię także wyzwanie książkowe, które podjęłam by poszerzyć zakres wybieranych przeze mnie pozycji. W kwestii filmów udało mi się utrzymać moje zamiłowanie do poniedziałkowych seansów , a zbliżające się rozdanie Oscarów podsyca tylko chęć do częstszego odwiedzania kina.

Koniec miesiąca obfitował u mnie w kolejne zakupy biletowe zainicjowane z okazji lubianych mniej lub bardziej Walentynek. W lutym zatem pojawię się ponownie w Centrum Nauki Kopernik oraz zajrzę do Och-Teatru, który obiecywałam sobie odwiedzić od czasu obejrzenia kilku sztuk w plenerze podczas ostatnich wakacji. W pierwszy weekend lutego natomiast udam się znów na przegenialne wydarzenie, po którym moja miłość do planszówek może wypłynąc ze wszystkich zakamarków tego bloga.

Zdecydowanie pozytywnie!

Tak było w styczniu. Choć wiele przede mną pracy i to nie tylko tej zawodowej (która nie koliduje z realizacją celów prywatnych!), jestem nastawiona na same dobre rzeczy w kolejnym miesiącu. Zarówno te zaplanowane jak i te spontaniczne.