emiliamaciejewska.pl

Wyszywanie charakteru maszyną do szycia
Film

Wyszywanie charakteru ściegiem 35 mm

Pamiętam jak dziś swój pierwszy kontakt z dziełami Władysława Hasiora. Mieszanka niepokoju, smutku oraz fizycznego bólu wywołanego obrzydliwościami i pozornym chaosem sztuki nowosądeczanina była przytłaczająca. Asamblaż — chwyciłam się wtedy tego słowa kurczowo, przekonana, że będzie ono początkiem jakiejś nowej artystycznej przygody. Często mi się to zdarza, gdy coś wyrywa mnie ze starych torów myślenia. Niedawno, gdy porządkowałam galerię zdjęć na moim telefonie, ponownie wpadłam na Wyszywanie charakteru. Ten tytuł jakoś mimowolnie skleił mi się z kinem. Co łączy szycie i filmy? Wydaje mi się, że właśnie chwyciłam swoją nić Ariadny, więc mówię „Sprawdzam”. 

Zanim zacznę, musicie o mnie wiedzieć jedną rzecz — kocham zabawę słowem. Skutkiem tej przypadłości jest istnienie gazyliona — moim zdaniem genialnych — tytułów do tekstów. Na tym jednak zazwyczaj się kończy, bo proces znajdowania treści jest cokolwiek nieudany. Odkładam więc moje błyskotliwe sformułowania na wirtualną półkę, bo nie wiem, co w opatrzonych nimi tekstach mogłabym zawrzeć. Zawrzeć, wrzenie — bardzo podobne słowa. Mogłabym teraz zacząć opowiadać o gotowaniu, które dla mnie też jest kreatywnym procesem twórczym (pozdrawiam innych gotujących bez przepisów!). Ale mówiłam, że będzie o szyciu. I o filmach. Taśma filmowa ma 35 mm, na maszynie do szycia można taki ścieg ustawić, Hasior maszynę do szycia w Wyszywaniu charakteru wykorzystał. Wszystko gra i buczy, więc zaglądam do swojej wewnętrznej filmoteki.

Wyzwanie filmowej selekcji

Powiedz mi, co oglądasz, a powiem ci, kim jesteś. I chcę pochwalić się, co mnie w kinie  urzeka i obawiam się, co z tego wyniknie. Pytań na starcie mam już kilka. Ile tytułów filmów wypada podać, by opowiedzieć, czym dla mnie jest zabawa zainicjowana myślą o ulubionym dziele polskiego surrealizmu? Czy muszę wybrać klasyki kina, czy mogę wziąć to, co przyjdzie w toku pisania? Co będzie jak potknę się po drodze o guilty pleasure? Czy poważnie podchodząca do pisania o kinie osoba może w swoich tekstach kierować się sentymentami? Ale jeśli tak, to co z tego wyniknie? Zaczynam mnożyć niewiadome, a trzeba przejść do opowiadania.

Granice, których przekroczenie zaskakuje

Mówię o wyszywaniu i czuję, że początek wpisu powinnam ulokować w szyciu dosłownie. Dziewczyna z igłą Magnusa von Horna pojawia się w mojej głowie jako pierwsza. To jeden z tych filmów, które zostają z tobą na dłużej. Dla mnie to też jeden z niewielu, które obejrzałam dwa razy. Może to jej masochizm, może to chęć zobaczenia filmu „naprawdę”, po oddestylowaniu emocji. Dziewczyna… bowiem umie przetyrać. W pierwszym spotkaniu znalazłam wybitnie dyskomfortowy, odbierany w trzewiach ból matek w beznadziejnym położeniu zblendowany z moją własną tęsknotą za przyszłością, która się nie wydarzyła oraz rozdzierającym serce napięciem wywołanym przez dziecięcy płacz. Zarzućcie mi womansplaining, ale taki koktajl emocji może odkryć w sobie tylko kobieta. Tylko płeć piękna jest również zdolna pomieścić je w sobie i nie eksplodować.

Poszłam krok dalej i zadziało się to, na co po cichu liczyłam. Drugi seans przyniósł zachwyt nad zdjęciami — zdaniem niektórych przeestetyzowanymi, ale do mnie przemawiają — scenografią, kostiumami i sposobem narracji. Ukryć to, co najstraszniejsze poza kadrem i zostawić widza z wyobrażeniem okropności, a okrucieństwo niech przeplata się z sielanką. Prawdopodobnie nie spojrzę już spokojnie na wózek dziecięcy, ale przez chwilę wznieść się ponad swoje emocje mi się udało. Wniosek jest z gatunku niepokojach. Co będzie dalej?

Drugie wyjście z mroku

Parafrazą tytułu płyty jednego z polskich zespołów rockowych podejdę do przyjrzenia się chęci ponownego obejrzenia innego filmu. Mrok kojarzy mi się tylko z jedną postacią ze świata kina — Davidem Lynchem. Jego Głowa do wycierania „weszła” w moje ciało jeszcze mocniej niż omówione przeze mnie wyżej dzieło Magnusa von Horna. Dalekie wszakże od przyjemności jest ciągłe łapanie się na byciu napiętym niczym struna, z palcami wręcz wbijającymi się w oparcie fotela kinowego. Jeśli dodamy do tego kakofonię dźwięków i obrzydliwość miasta podobnego do Łodzi we wczesnozimowym, deszczowym dniu, otrzymamy prawdziwe piekło osoby z wysoką wrażliwością sensoryczną. Tak się składa, że nią jestem.

Lynch pokazał mi, że mogę chcieć trwać w stanie, w którym jednocześnie niemal wiję się z bólu, zastanawiam się, po co są obrazy, które widzę, a także na zmianę pragnę zakończenia filmu i tego, by seans wciąż trwał. Ponownie — można naraz tyle czuć i nie eksplodować. Moją lekcją tym razem jest lepsze rozpoznanie, czym jest ambiwalencja. Nie wiem, jak wy uważacie, ale moim zdaniem robi się coraz ciekawiej.

Uspokoić tancerskie ego 

Czas na lekcję pokory związaną z szyciem jako procesem. Nie wiecie o mnie tego jeszcze, ale uwielbiam balet (a patrzę na niego z perspektywy dość nietypowej). Szycie połączę z nim pozornie nieoczywistą drogą, którą streścić można w dwóch słowach: technika point. To umiejętność tańca na czubkach palców, która nierozerwalnie wiąże się z potrzebą użycia igły i nitki, by przyszyć troczki (nienawidzę tego!). Tym przydługim rozbiegiem biorę na tapet mój ulubiony film o balecie — Czerwone trzewiki Emerica Pressburgera i Michaela Powella. Oglądanie pełnej emocji i znakomitej gry światłem 15-minutowej sekwencji tańca klasycznego było dla mnie przyjemnością i torturą jednocześnie.

Podobał mi się sposób ukazania lekkości ruchu i niepokoju dotykającego graną przez Moirę Shearer Victorię (i te barwy Technicoloru!). Nie mogłam zrozumieć, dlaczego profesjonalna artystka baletu ma wykręcenie amatorki (tak, chwalę się teraz trochę). Moja ówczesna zuchwałość odbiła mi się czkawką, bo po seansie doczytałam, że fokus na zakresy ruchu w historii tańca klasycznego pojawił się później niż Czerwone trzewiki. Wycofać musiałam również swoją krytykę dla zachowania głównej bohaterki. Ile bym się nie sprzeciwiała, dylemat kariera-miłość podyktowany był literą opowieści Hansa Christina Andersena. Przykładanie współczesnego filtra postaw nie jest więc uzasadnione. Używanie innych też może być niebezpieczne.

Reguły szaleństwa

Czerwone trzewiki w pewnym sensie poruszają temat szaleństwa. Ale nie tylko one. Kolejna lekcja na ścieżce Wyszywania charakteru związana jest z filmem Czarny łabędź, moim trzecim ulubieńcem w kategorii „filmy o balecie” (jaki jest nr 2? Pomidor). Za jej genezę przyjąć mogę trawiącą mnie w przeszłości alergię na przekłamywanie rzeczywistości. Darrenowi Aronovsky’emu oberwało się więc za szkalowanie artystek baletu. Nie jest regułą, że dążenie do perfekcji doprowadza do utraty zmysłów. Baleriny nie są też masochistkami, które nadużywają swoich ciał dla dobra sztuki. Niezdrowe wychudzenie, deformacje kończyn i rywalizacja niekoniecznie pojawiają się w życiach zawodowych tancerek.

Dopiero przy ponownym seansie dotarło do mnie, że istotą Czarnego łabędzia jest coś zupełnie innego, a twórca ma prawo pokazać to, co mu się żywnie podoba. Dystans jest tym, czego mi z początku zabrakło. Odpowiednią perspektywę do recepcji dzieła Aronovsky’ego znalazłam dopiero niedawno, gdy wyćwiczyłam się w obserwacji szczegółów w filmach (w czym wybitnie pomogła mi zajawka na pisanie scenariuszy). Z nią w arsenale narzędzi krytyczki filmowej w pełni doceniłam to, co zobaczyłam. Do dziś mam przed oczami scenę, gdy Nina rzeczywiście staje się łabędziem. Nadal nie godzę się też na wiązanie tańca z obsesją, ale jestem już w stanie oddzielić tę prywatną opinię od samego dzieła. Całkiem cenna umiejętność.

Zagraj mi to jeszcze raz

Zostając jeszcze na moment przy Czarnym łabędziu, opowiem trochę o muzyce klasycznej i jej filmowym wykorzystaniu. Do filmu Aronovsky’ego dźwiękową ilustrację stworzył Clint Mansel, a mnie w pierwszym kontakcie z nią jakaś piekielna siła pchnęła na stronę uprzedzeń. No bo czym, jeśli nie pójściem na łatwiznę, jest reinterpretacja znanych utworów? O tym, że jest wręcz przeciwnie — i korzystanie z dzieł mistrzów jest wyzwaniem — przekonałam się dużo później, po pełnym skupienia odsłuchaniu całej ścieżki dźwiękowej. Odsunięcie na bok obrazu było kluczem do poznania się na maestrii brytyjskiego kompozytora. Zamiast niego wpuściłam ruch i zadziała się magia. Żaden mebel i kończyna na szczęście nie ucierpiały, ale musiałam odłożyć na bok swoją opinię, że muzyka klasyczna w filmach fabularnych nie działa. I to mimo tego, iż miałam w zanadrzu podparcie w postaci Prawdziwego bólu Jessego Eisenberga. Utwory Fryderyka Chopina są przepiękne, ale wciąż nieznośnie uwiera mnie budowanie polskości na kliszy. 

Czy jest więcej udanych mariaży obrazu i muzyki poważnej? Zdecydowanie tak. Są wywołujące ciarki na całym ciele sceny z udziałem Lata Vivaldiego w Portrecie kobiety w ogniu (i jeszcze inna wspaniale czerpiąca z estetyki białego śpiewu). Jest wariacja na temat fragmentu Śpiącej Królewny w udźwiękowionej Gorączce Złota Charliego Chaplina. Ze świetnymi efektami klasyką bawi się też w swoich filmach Kubrick. Wreszcie mamy wzruszający finał Człowieka Słonia Davida Lyncha z Adagio for strings Samuela Barbera. Co ciekawe, utwór ten gości też w Amelii Jean-Pierre’a Jeuneta. Choć nie do końca poczułam to ironiczne zastosowanie kojarzonej z żałobą melodii, nie można odmówić temu zabiegowi pewnej świeżości. Szkoda, że to jedyne, co mnie w tym filmie, choć odrobinkę poruszyło. Podnoszę teraz rękę na jedną z filmowych świętości, więc zatrzymam się, nim zlecą się hejterzy (nie było na Filmwebie chyba ani jednej krytycznej dla tego filmu wypowiedzi krytyka bez zarzutu, że krytyk jest nieczuły). Lekcja odwagi w wyrażaniu opinii i ich korygowaniu została już odhaczona. 

Tylko dla kobiet

Od wspomnienia o kultowej komedii romantycznej jest już blisko do kolejnej igraszki słowno-znaczeniowej. Takiej z czasów, kiedy istniała we mnie ogromna potrzeba szufladkowania. Uważałam wtedy, że skoro rom-komy mnie nie ruszają, to nie jestem kobietą. Nastoletnie myślenie, wyrosłe najpewniej na kanwie serwowanych przez kulturę wizji prawdziwej kobiety. Kilkadziesiąt komedii romantycznych później jestem w miejscu, w którym nadal złości mnie obecność cykli kobiecych w kinach. Próbowałam, ale nie zafascynowały mnie prosecco i niefilmowa dyskusja po filmie. Co mnie obchodzą kiecki od Givenchy, ja chcę wiedzieć, jak powstał scenariusz Szarady i jaki wpływ na kino miał styl grania Audrey Hepburn!

Tak jak nieprzystępne i w pewnym stopniu nudne dla mnie są rom-komy, tak dla męskiej części widowni niestrawny musiał być Film o kobiecie która… Yvonne Reiner. Pamiętam rozmowę poseansową, w której powiedziałam kolegom, że ten film ma jedną — mocno wpływającą na jego odbiór — wadę. Roboczo nazwałam ją wtedy: „nie zrozumiesz, jeśli nie przeżyłeś”. Referowałam do sekwencji, w której bohaterka czekała, aż jej partner domyśli się, na co ma ochotę w łóżku. O ile się nie mylę byłam wtedy dość świeżo po lekturze Ona ma siłę Emily Nagoski, więc problem braku dialogu wywołał we mnie sporo emocji. Przeróżnych prezentacji kobiecych „performansów” było w dziele Reiner znacznie więcej, ale mam trudność, by coś jeszcze z zakamarków pamięci wydobyć. Zostało ze mną jedynie wrażenie, że było mądrze i intensywnie. 

Uczucie wzmożonego wysiłku wynikało zapewne z formy. Oglądanie Filmu o kobiecie która…oznaczało jednoczesne: (*wdech*) czytanie bloków tekstu, słuchanie narracji z offu, śledzenie akcji konstruowanej z dość statycznych kadrów, często niewygodnie rozciągniętych w czasie, nierzadko spiętych jeszcze z dialogami pomiędzy bohaterami, którym od czasu do czasu brakowało nawet spójności z obrazem (*wydech*). Jeśli udało ci się zrozumieć zdanie, które teraz skonstruowałam, to wyobraź sobie 90 minut takiej umysłowej gimnastyki.

Lubię filmowe puzzle — entuzjastycznie przyjęłam choćby film Czy Noam Chomsky jest wysoki czy szczęśliwy. Reiner jednak nawet mnie z lekka zmęczyła. Szyć patchworkową kołderkę z obrazów, słów i innych dźwięków też trzeba umieć. Inaczej powstaje coś, co rozwój miłości widza do dzieła dusi w zarodku, a dalsze go oglądanie przybliża do stanu pt. „Z masochizmem jemu/jej do twarzy”. Szycie i masochizm wywołują znowu Hasiora. Ostatnią nauką od filmów więc jest, by wybierać umiar — w formie i w porcjowaniu treści. Wyszywanie charakteru pozwalam sobie tym samym uznać za ukończone.

Są filmy, które do wyliczanki w powyższym tekście nie trafiły m.in. Substancja. Nie chciałam, aby filmowa wersja Wyszywania charakteru stała się wyliczanką tytułów. Mam nadzieję, że mi się udało.

Zdjęcie ilustrujące wpis wykonał Neil Yonamine, a pobrałam je z serwisu Pexels.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *