emiliamaciejewska.pl

Kadr z filmu Witajcie w Hope
Film

Moja i twoja nadzieja – recenzja filmu Witajcie w Hope

Obecność Witajcie w Hope w canneńskim Konkursie Głównym dla wielu był sporym zaskoczeniem. Trudno się dziwić — koreański blockbuster z elementami sci-fi i rozmachem daleko wykraczającym poza festiwalowe standardy nie jest oczywistym kandydatem do walki o Złotą Palmę. Stworzona pod batutą Na Hong-jina blisko 3-godzinna jazda bez trzymanki w moim odczuciu trafiła tam jednak zupełnie słusznie.

Witajcie w Hope nie wylądowałoby na moim radarze premier, gdyby nie kilka przychylnych recenzji, które dotarły do mnie tuż po tegorocznym Octopus Film Festival (pozdrawiam Cię Maks!). Czwarty pełnometrażowy film urodzonego w Korei Południowej reżysera jest brawurowy, bezkompromisowy i trudny do uchwycenia w ramy gatunku. Jego akcja rozpoczyna się jak w typowym kinie detektywistycznym. Na jednej z ulic położonego nieopodal granicy z Koreą Północną portu Hope znalezione zostaje martwe zwierze, a ślady na jego ciele nie dają jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, kto dokonał aktu przemocy. Miejscowi sugerują, że winowajcą może być odwiedzający tę okolicę tygrys. Tylko jak drapieżnik miałby przejść przez naszpikowane minami terytoria położone tuż przy strefie zdemilitaryzowanej?

Nieznane zagrożenie nadchodzi

Zagadka tylko się skomplikuje, gdy wraz z prowadzącym dochodzenie komendantem Bum-seokiem (Hwang Jung-min) przyjrzymy się bliżej życiu miasteczka. A raczej jego braku. W momencie, gdy policjant wkroczy do Hope nastąpi pierwsza wolta w tonie filmu. Klasyczny kryminał przerodzi się w gęsty, pełen osaczającej paranoi thriller. Na Hong-jin zbuduje napięcie, zderzając szerokie kadry wyludnionego portu z ciasnymi ujęciami przerażonych twarzy i zbliżeniami na budzące odrazę detale. Obrazowi towarzyszyć będzie znakomita ścieżka dźwiękowa złożona z niepokojących pomruków i ciszy przerywanej mechanicznymi trzaskami.

Tego samego zestawu narzędzi reżyser użyje, by pokazać działania grupy myśliwych, którzy pod przywództwem nieustraszonego Sung-ki (Zo In-sung) wyruszą, by przeczesać okoliczne lasy w poszukiwaniu źródła zagrożenia. Obie narracje będą się przez chwilę przeplatać. W pewnym momencie jednak film znów zmieni gatunek i stanie się trzymającym zawrotne tempo akcyjniakiem. Epicka sekwencja miejskiej pogoni, z kamerą wręcz przylepioną do pędzącego auta, zapewni widzom wysoki poziom adrenaliny i salwy śmiechu. Te drugie za sprawą zestawienia przeciwstawnych działań bohaterów – precyzji w strzelaniu do potwora u młodej policjantki Sung-ae (Jung Ho-yeon) i nieporadności Bum-seoka. Finał wyścigu będzie sugerował wyjaśnienie tajemnicy ataków. Ale niestety radość prędko okaże się przedwczesna.

Co naprawdę dzieje się w Hope?

Pozorne zamknięcie wątku napaści na Hope to dobry moment, by z analizy aspektów technicznych i ustalania fabularnego porządku przejść do refleksji nad symbolicznym znaczeniem wydarzeń rozgrywających się w tytułowym porcie. Moim zdaniem zarówno gwałtowność pojawienia się zagrożenia, jak i miejsce akcji nie są przypadkowe. Podając je mimochodem, Na Hong-jin dyskretnie otwiera furtkę do zanurzonej nieco głębiej interpretacji. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że odnalezieni w lesie obcy z jego filmu to tak naprawdę alegoria migrantów lub północnokoreańskich sąsiadów. Trop ten bardzo wygodnie podeprzeć można osadzeniem historii w bliżej nieokreślonej na osi czasu współczesności.

Różne postawy wobec nowego

Podążając dalej obraną ścieżką odczytania opowieści, zobaczymy, że część bohaterów ulega naturalnej dla człowieka głębokiej obawie przed nieznanym. Ten lęk manifestuje się w otwartej agresji wobec przybyszów. Część z nich jednak reaguje zgoła inaczej. Są tu i zaciekawieni innym naukowcy, i szukający w bieżącej sytuacji korzyści dla siebie informator donoszący o znalezieniu potworzego „dziecka”. Ba, nawet sam Bum-seok w pewnym momencie wątpi w nieprzyjazne motywy kosmitów. Obecność młodocianego kosmity jest dla mnie sygnałem do dostrzenia dwuznaczności: potwór jest niebezpieczny, ale dziecko prędzej otoczymy opieką niż pozbawimy życia. Stoimy więc w obliczu moralnego dysonansu, który wymaga od nas porzucenia radykalnych postaw względem odmienności. Nie należy ignorować tych niuansów, bo to one dają podstawę, by odczytać całośc jako rzecz o nadziei, a nie jej braku. I to nadziei na pozytywną zmianę. Sugeruje to tytuł filmu oraz jego otwarte zakończenie.

Hope a inne dzieła reżysera

Nawiasem mówiąc, znamienny według mnie jest fakt, że Na Hong-jin w swojej filmografii konsekwentnie powraca do motywu ucieczki. W Chaserze eksplorował bezowocny wyścig z czasem, w Żółtym morzu dotykał desperackiego poszukiwania własnego miejsca na ziemi, w Lamencie zaś pokazywał bezsilną próbę ucieczki przed metafizycznym złem. Witajcie w Hope domyka ten niepisany cykl, zapowiadając — być może — nieco bardziej optymistyczne rozwinięcie tematu. Gdyby sequel rzeczywiście podążył tą trajektorią, byłby to iście przewrotny splot wydarzeń.

Moja i twoja nadzieja

Po festiwalowych pokazach niektórzy zarzucali Witajcie w Hope nadmierne uproszczenia fabularne oraz niedopracowane efekty specjalne. Podważano również słuszność zakwalifikowania filmu do canneńskiego Konkursu Głównego, wskazując, że blockbustery nie pasują do charakteru imprezy. Głęboka, dwuznaczna alegoria, jaką znaleźć można pod powierzchnią spektakularnego kina akcji broni jednak decyzji selekcjonerów.

Tytułowe miasteczko Hope jest przestrzenią głęboko ambiwalentną i Na Hong-jin korzysta z niej, by zapytać, czy wciąż mamy nadzieję. Czy w świecie spętanym zbiorową paranoją i strachem przed nieznanym jest jeszcze miejsce na wartości? Ostatecznie ta brawurowa produkcja obnaża prostą prawdę: bezpieczeństwo jest iluzoryczne, dopóki opiera się na wykluczeniu i wrogości wobec obcego.

Mnóstwo tajemnic kryje w sobie również Mizerykordia, od wczoraj dostępna jest na Cinobo.pl. Zachęcam do przeczytania recenzji tego filmu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *