emiliamaciejewska.pl

Dominic Sessa jako Tony
Film

Fake it till you make it – recenzja filmu Tony

Od zera do milionera. Anthony Bourdain z pewnością wierzył, że taka ścieżka rozwoju jest dla niego dostępna. Gdyby było inaczej, nie spędziłby młodości na próbach oczarowania świata. I na kłamstwach. Jedno za drugim zaprowadziły go w inne miejsce niż planował. 

W ostatnich latach nie było chyba biografii, którą można by śmiało określić mianem arcydzieła. Dostaliśmy wiele sprawnie zrealizowanych filmów. Elvis od Baza Luhrmanna, Wybraniec portretujący Donalda Trumpa na drodze do polityki czy Better Man o Robbiem Williamsie to tylko niektóre z tej listy. 

Tony w reżyserii Matta Johnsona jest czymś jeszcze innym. Choć podobnie jak w obrazie Abbasiego mamy do czynienia z ukazaniem wycinka życiorysu portretowanego bohatera, opowieść o losach amerykańskiego kucharza Anthony’ego Bourdaina wpisuje się również w gatunek coming-of-age. Jest to nawet zaznaczone w jednej z pierwszych scen filmu, gdy Tony (Dominic Sessa) roztacza wizję swojej pracy nad Bildungsroman. Na planach jednak się kończy, bo gdy wskakujemy w historię, chłopak właśnie dowiaduje się, że nie dostanie stypendium literackiego. Atmosfera panująca w jego domu nie pozwala mu podzielić się tą nowiną. Kłamie więc, że jedzie do Nowego Jorku, podczas gdy w rzeczywistości rusza do nadmorskiego miasteczka śladem dziewczyny, którą pragnie zdobyć. Rozpoczyna tym samym grę pozorów, pod którą chowa swoje rozczarowanie i niepewność co do czekającej go przyszłości.

Tony w obiektywie Michaela Baumana

To właśnie na tej przepaści między wyobrażeniem o sobie jako odnoszącym sukcesy pisarzu a rzeczywistością, w której jest się tylko pogubionym młodym człowiekiem, Dominic Sessa buduje postać Tony’ego. Znany ze znakomitego Przesilenia zimowego aktor ponownie pokazuje, że potrafi świetnie ukazać niuanse granej przez siebie postaci. Wewnętrzne rozedrganie jest wyczuwalne i w aroganckich zaczepkach, jak w scenie w barze, gdzie próbuje poderwać Mary, i w przerysowanych gestach, którymi stara się naśladować imponującego mu swoim luzem Sala (w tej roli Leo Woodall). Ta maska fajności zacznie pękać, gdy podczas imprezy nie uda mu się zachwycić Nancy, a kuchenna brygada z The Flagship, restauracji w której się zatrudnia, by zarobić na powrót do domu, pozostanie głucha na jego tanią bajerę. Z czasem wystudiowane gesty i spojrzenia, językową swadę i manieryczny sposób poruszania się zastąpią cichość, skurczenie i odwracanie wzroku.

Zmianę zachodzącą w Tonym wyostrzają zdjęcia. Z biegiem filmu kadry stają się ciaśniejsze, dostajemy więcej zbliżeń na twarz bohatera, a pocztówkowe obrazy Provincetown ustępują dusznej i pełnej brudu scenerii kuchennego zaplecza. Obrana tutaj stylistyka analogowej taśmy nie służy budowaniu taniej nostalgii. Wręcz przeciwnie, bezlitośnie obnaża fałsz wykreowanego przez młodego Bourdaina wizerunku, pozwalając twórcom konsekwentnie zaprezentować postać pozbawioną hagiograficznego lukru.

Wyboista droga od Tony’ego do Anthony’ego

Scenariusz filmu opiera się co prawda na klasycznym szkielecie podróży bohatera, ale broni się świetnymi dialogami i precyzją. Trudno doszukać się choćby jednej zbędnej sceny, a kolejne epizody z życia wchodzącego w kuchenny świat chłopaka nie tylko wzbogacają jego portret o psychologiczne niuanse, ale też odsłaniają szczerą relację mentor-uczeń, która z czasem rozwija się w opartą na zaufaniu przyjaźń. Duża w tym zasługa Antonio Banderasa, który kreuje swoją postać z aktorską powściągliwością, ani na chwilę nie skręcając w stronę nadekspresji władzy. Dzięki dystansowi i cierpliwości sprawdza się on jako przewodnik, zarówno po kulinarnym świecie, jak i w procesie odkrywania właściwej dla siebie ścieżki życia. 

Mówiąc o drodze bohatera nie sposób pominąć roli Sala. W kontraście do szefa The Flagship jest on głośny, bezczelny i skłonny do śmiałego sięgania po to, czego chce. Woodall stwarza go z zawiadiackich uśmiechów, szybkich i dokładnych ruchów przy kuchennych blatach, nonszalancji przy zażywaniu narkotyków czy imprezowych zagrań playboya. Dynamika, jaka wytwarza się na drugim planie między nim, Banderasem i, rzucającym dowcipami jak z rękawa, wesołkiem Dimitrim (Stavros Halkias) wydobywa kolejne cechy Tony ’ ego. Podobną rolę spełnia warstwa audialna filmu. Wykorzystane w niej utwory z lat 70., score autorstwa Jaya McCarrola oraz dźwięki kuchni wspólnie odpowiadają nie tylko za kreowanie trudu pracy w gastronomii czy beztroski życia w nadmorskim kurorcie, ale są też osobną opowieścią o stanach emocjonalnych bohaterów. Widać to choćby w scenie przygotowania homara, gdzie ekscytacja kucharzy wręcz wylewa się z ekranu.

Tony nie tylko dla foodies

Choć powyższy opis może sugerować, że pieczołowicie wyreżyserowana przez Matta Johnsona inscenizacja powstała dla łaknących kulinarnych zbliżeń foodies, Tony absolutnie nie jest takim filmem. Dania nie grają tu głównej roli i nie są estetyzowane, a do restauracyjnego zgiełku bohater trafia zupełnie przypadkowo. Podobnie zresztą jak sam Anthony Bourdain, który nim stał się legendą, chciał po prostu zarobić na wakacje. Zwyczajność tej historii i możliwość jej przełożenia na dowolną inną postać to jeden z głównych zarzutów wobec produkcji A24. Dla mnie ta uniwersalność jest jej największą siłą. Nie ma nic cenniejszego niż zdejmowanie idoli z piedestałów i przypominanie, że pod fasadą charyzmy kryją się ludzie tacy jak my: samotni, szukający akceptacji i lękający się przyszłości. Odwaga do sięgania po niedostępne pojawia się przecież dopiero wtedy, gdy ktoś spojrzy na nasze starania z serdecznością. Wtedy okazuje się, że można przestać kłamać.

Jeśli spodobał Wam się film Tony, może skusi Was również La cocina. Tam również jedzenie stanowi tło dla relacji i realizacji marzeń.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *