emiliamaciejewska.pl

Digger i dr. Ganesh
Film

Rozkopane/Pogrzebane – recenzja filmu Digger

Digger Rockwell, bohater nowego filmu Alejandro Gonzáleza Iñárritu, jest produktem swoich czasów. Galopujący kapitalizm, w którym się porusza, to dla niego pole walki o coraz większe dochody. Pieniędzy ma dostatek, ale zwolnić i cieszyć się życiem w otoczeniu rodziny? To scenariusz dedykowany nudnym szaraczkom. Takim jak jego pracownicy na przykład. Brzmi znajomo? A no właśnie.

W świecie opowiadania historii za pomocą ruchomych obrazów jedną z ważniejszych ról pełnionych przez pierwsze kadry jest ustanowienie tonu. Na tym polu Digger działa znakomicie. Poranek potentata wydobywczego Rockwella (Tom Cruise) jest sekwencją na tyle bizarną, że przyciąga oko. Bohater ma rozwiane siwe włosy, nosi elegancką piżamę i złoty zegarek. Właśnie się obudził i karmi swoją kotkę Maggie. Zwierzę jednak nie wyglada jak typowy mruczek. Ma wypłowiałe futro i puste spojrzenie; wydaje z siebie niezbyt przyjazne dźwięki stanowiące wymowny komentarz do zachowania opiekuna. Kiedy kocie męki zostają przerwane przez dzwoniący telefon i wpadających do sypialni miliardera pracowników, Digger wciąż tkwi w swojej wizji uroczego spotkania z pupilem. Do rzeczywistości przywraca go dopiero informacja, że powinien przerwać wydobycie ropy.

Nowe dzieło reżysera Birdmana prędko daje nam się poznać jako film o człowieku uprzywilejowanym i bezwzględnym. Takim, który do złudzenia przypomina szefów wielkich firm na planecie ziemia A.D. 2026. To też kolejny komentarz meksykańskiego reżysera na temat relacji ludzi z naturą. O ile jednak w Zjawie przyroda ukazana była jako siła, która dominuje nad każdym życiem i nie zważa na jego cierpienie, o tyle w Diggerze jest dokładnie na odwrót. Rockwell i jemu podobni działają we własnym interesie i dobro ogółu — oraz środowiska — mają w głębokim poważaniu. Liczą się pieniądze. I to sprowadzenie katastrofy do cynicznego żartu jest w zasadzie moim największym problemem z nowym dziełem Iñárritu.

Digger a etyka

Zrealizowany za ogromne pieniądze Digger to spektakl zaplanowany równie precyzyjnie, co działania amerykańskiego sztabu kryzysowego tuszującego katastrofę wywołaną odwiertami Rockwella. Komuś z tabelek wyszło, że teraz można bezpiecznie powiedzieć, że planeta płonie, a najbogatsi współczesnego świata robią wiele, by nie rzucono w ich stronę: „to wasza wina”. I że optymalnym będzie wkładać to widzom do głów łopatą z hasłem „satyra” dopisanym na trzonku tejże. Oraz że żart powinien być kloaczny, bo bardziej błyskotliwego w erze tiktokowych dopaminowych strzałów nikt nie skuma. Jestem teraz złośliwa, ale wynika to przede wszystkim z faktu, że nic mnie tak nie irytuje, jak ludzka głupota (moja własna najbardziej, rzecz jasna). A Iñárritu w Diggerze proponuje mi śmianie się właśnie z niej. Teraz, gdy stan naszej planety jest gorszy niż kiedykolwiek wcześniej i nie zapowiada się, byśmy prędko doczekali się pozytywnej zmiany. Według mnie nie jest to właściwe. Rozumiem, że ekranowy eskapizm i ucieczka w ten porywający spektakl są wygodne. Sama czasami obieram tę drogę. Jednak z faktu, że ludzkość zmierza do własnej zagłady nie umiem żartować.

Mój dyskomfort podczas seansu idealnie obrazuje postawa doktora Ganesha. Riz Ahmed znakomicie oddaje zmieszanie, zagubienie i wynikającą z bezradności rezygnację, jakie towarzyszą mi, gdy myślę o bieżących wydarzeniach na świecie. Po cichu liczę na oscarową nominację za ten występ, bo uważam, że jest znacznie lepszy niż kreacja Toma Cruise’a. Gra gwiazdy Top Gun Maverick opiera się na nieustannej szarży i agresji i trudno w niej dopatrzyć się niuansu. Stanowiąca punkt kulminacyjny opowieści przemowa Diggera to dla mnie nic więcej jak skrojony pod nagrody aktorski popis. Dzięki umiejętnemu prowadzeniu kamery robi on wrażenie, ale w moim odczuciu jest niczym więcej jak paternalistycznym bełkotem racjonalizacyjnym. Dawanie przestrzeni takiej narracji jest niesamowicie niebezpieczne.

Digger nie kopie wystarczająco głęboko

W Diggerze jest kilka elementów, których jakości podważyć nie mogę. Są to wspomniane już mimochodem zdjęcia, dopracowane kostiumy, pełna detali scenografia czy staranna charakteryzacja (choć nieco kuriozalne jest, że Cruise potrzebował jej aż tyle, by zaczął przypominać bogatego starca). Brak jest za to jednej rzeczy, która dla mnie jest w filmach elementarna – świeżego spojrzenia. Oglądając najnowsze dzieło reżysera Amores perros, trudno oprzeć się wrażeniu, że „to już było”. Temat katastrofy klimatycznej poruszany był m.in. w Nie patrz w górę Adama McKaya czy w Glass Onion: Film z serii „Na noże” od Riana Johnsona. Zepsucie bogatych komentowało choćby świetne W trójkącie Rubena Östlunda czy zeszłoroczny Paw zwyczajny Bernharda Wengera. A to tylko tytuły z ostatnich pięciu lat.

W Diggerze pobrzmiewają także echa Dr. Strangelove’a. O ironio, Kubrick swoim dziełem przestrzegał przed dawaniem przestrzeni odklejonym od rzeczywistości oszołomom. Iñárritu zdaje się mieć to w nosie i zachwyca się swoim błyskotliwym pomysłem, by śmiać się z głupców niewidzących problemu ze swoją postawą w obliczu globalnej tragedii.
Oraz z nas oglądających ten show. W jaki sposób szydzi z widza? Nie powiem na prośbę autora, który przy pomocy pretensjonalnej planszy wyraził obawę, że spoilery popsują seans. Wspomnę jedynie, że postać Jesse’ego Plemonsa moim zdaniem cierpi na fabularnym twiście Diggera. To świetny aktor i ma tu zdecydowanie za mało do zagrania.

Niewiele też Iñárritu w tym dwugodzinnym dziele zawarł treści. W zasadzie główny przekaz przed chwilą podsumowałam. Reszta to tylko forma. Jestem ostatnią osobą, która będzie narzekać, że film jest niczym więcej jak eksperymentem audiowizualnym. Kosztujące blisko 180 milionów dolarów widowisko Meksykanina nie spełniło złożonej w trailerze obietnicy. Nie ma nic bezkompromisowego w tej, spóźnionej o dobrą dekadę, satyrze na niszczących planetę chciwych i śliskich dziadersów. Jest za to marna iskierka nadziei, że tak jasno przedstawiona prawda nie zamieni się z czasem w narrację. Żałuję, że Digger nie „kopał” głębiej, że twórcy nie pokusili się o pełniejsze prześledzenie problemu. „Z uniesień pozostało mi uniesienie brwi, ze wzruszeń – wzruszenie ramion”, jak pisał poeta Jacek Podsiadło. Ja mam jeszcze gorzkie wspomnienie miny dr. Ganesha.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *