„Dom to nie miejsce, lecz stan. Jestem bezdomna, ćwiercią piersi oddycham znów”. Tak śpiewa Katarzyna Nosowska, a mnie jej słowa wydają się kluczem do zrozumienia Nory, głównej bohaterki filmu Wartość sentymentalna. Poznajemy ją w pracy, tuż przed ważnym spektaklem, gdy zamiast ekscytacji i eustresu przeżywa atak paniki. Ta paralela między stanem podmiotu lirycznego a postacią graną przez Renate Reinsve pozwala też moim zdaniem lepiej pojąć, co Joachim Trier usiłował zawrzeć w swoim najnowszym, nominowanym do Oscara obrazie.
Reżyser Najgorszego człowieka na świecie w swojej twórczości konsekwentnie przygląda się relacjom międzyludzkim. W debiutanckim Reprise opowiadał o dwójce przyjaciół rywalizujących ze sobą na polu zawodowym. Bohater Oslo, 31 sierpnia próbuje odnowić stare więzi. Wartość sentymentalna natomiast jest poetycką próbą uchwycenia traumy w rodzinie artystów.
Norweg raczej nie zna piosenek szczecińskiej wokalistki, ale jego rozumienie słowa „dom” położone jest na biegunie przeciwnym do wizji z cytowanego przeze mnie wcześniej utworu. To ważne miejsce, a zarazem osobny bohater historii, świadkujący najważniejszym momentom z życia Borgów. Podobnie jak oni naznaczony jest przez zdarzenia. Ma pęknięcia, a przedmioty, które go wypełniają, nie są jedynie rekwizytami sprawiającymi, że jest przyjemniejszy dla oka. To swego rodzaju rezerwuary wspomnień. Nora i jej siostra Agnes przez lata wraz z matką w pięknym domu w Oslo pozostawiały cząstki siebie. Ojciec dziewczyn, Gustav, w ich życiu był jedynie niewygodną myślą. Mężczyzna postawił bowiem na karierę reżyserską i wyjechał do Paryża. Po latach z pustką po nim obie bohaterki będą zmuszone skonfrontować się ponownie. Nieobecny rodzic pojawi się na pogrzebie swojej byłej żony. Złoży im nietypową propozycję.
Połączeni przez sztukę?
Tworzenie jest jednym ze skuteczniejszych sposobów na zrozumienie emocji. Na poparcie tej tezy mam tylko własne doświadczenie, ale ono wystarcza, by rozszyfrować modus operandi Nory i Gustava. To ludzie głęboko przepełnieni smutkiem i lękiem. Ojciec nie poradził sobie z przeszłością własnej matki, starsza córka z jego nieobecnością. Wcielanie się w innych ludzi dla obojga staje się wygodną furtką, przez którą mogą bezpiecznie wyjść do ludzi, pokazać swoje miękkie podbrzusze. Nie dziwi zatem, że głowa rodziny Borgów postanawia stworzyć oparty na swojej historii film i obsadzić w nim Norę. Od pomysłu do realizacji droga jest jednak wyjątkowo wyboista.
Forma, która odłącza od treści
Seans Wartości sentymentalnej był dla mnie dyskomfortowy w sposób, inny niż się spodziewałam. Przytłoczyła mnie nie historia, a forma. Joachim Trier nie podzielił swojej opowieści na akty. Zamiast wyraźnych punktów zwrotnych zostawił migawki, w których, najczęściej w poetyckich dialogach, bohaterowie wymieniali się informacjami o swoim stanie emocjonalnym. To jeszcze miało szansę być w porządku.
Od czasu do czasu jednak reżyser Reprise wyciągał inne karty. Wrzucał odbiorcx we wspomnienia z czasów wojny, w intensywnej sekwencji pokazywał sceniczną tremę albo przy pomocy kadru z meblem odtwarzał w naszych głowach rodzinną tragedię. W tych momentach film Skandynawa był najmocniejszy. To wtedy, tak jak lubię, obraz mówił więcej niż tysiąc słów. Niestety szatkowanie tymi scenami dzieła o bardzo spokojnym tempie, gdzie kamera niespiesznie podąża za pięknem natury czy subtelną mikroekspresją na twarzach aktorów, odbiło mi się czkawką. Możliwe, że widzx miał poczuć te pęknięcia w fundamentach, które tak pięknie pokazały pierwsze minuty norweskiej produkcji. Cięcia do czerni i zmienna tonalność scen nie pozwoliły mi jednak w pełni wejść w świat przedstawiony. W przeciwieństwie do Nosowskiej Trier nie dał mi przestrzeni na pełną immersję i kontakt z bohaterami.
Film nie płynął niczym muzyka
Bolesnym uzupełnieniem nierówno rozłożonego ciężaru emocjonalnego było całkowite stłamszenie przepięknej muzyki Hani Rani. Przygotowany przez nią score docenić udało mi się dopiero po odsłuchu w oderwaniu od obrazu. Złośliwi powiedzą, że się czepiam, że zadaniem kompozycji Polki było zbudowanie nastroju i stopienie się ze stroną wizualną dzieła. Gdy jednak z seansu w mojej pamięci zostaje pustka i złość na niedopasowany do pokazywanych sytuacji soundtrack, coś mocno poszło nie tak. Strona audio w kinie ma jedno zadanie: we współpracy z wizją poprowadzić mnie przez historię tak, abym nie czuła, że mam przewodnika i była w stanie empatyzować z protagonistx. Tymczasem relacja Nory z Gustavem była dla mnie letnia. Rozumiałam ich niekomfortowe próby zbliżenia się. Wcześniejsza powściągliwość duetu sprawiła jednak, że zakończenie ich swoistego tańca wokół sztuki wydało mi się wymuszone.
Wartość sentymentalna jest o niedopasowaniu
Finał Wartości sentymentalnej nie zadziałał. Udział Rachel Kemp również nie mógł zapewnić sukcesu projektowi Gustava. Wcielająca się w tę postać Elle Fanning świetnie oddała wszystkie niuanse niedopasowania obsadowego. Scena, w której bohaterka rozmawiała z Norą o głównej roli w filmie Borga, dobitnie pokazała, jaki los spotyka utwór, którego autor stara się za bardzo. Akurat ten meta-komentarz Trierowi się udał. Samo założenie stworzenia szkatułkowej kompozycji o życiu elity artystycznej, z wplecionymi uniwersalnymi spostrzeżeniami na temat relacji, miało potencjał. Podobnie jak cytowanie Śmierci w Wenecji, które najprawdopodobniej wyśrubowało moje oczekiwania względem domknięcia oscarowego eposu o norweskich artystach.
Szkoda, że mając w rękach tak dobry materiał i dużo intrygujących pomysłów na sceny, Joachim Trier potknął się o chęć zmieszczenia w swoim obrazie ich wszystkich. Rozdzielając czas ekranowy między kilka postaci, sprawił, że wyjątkowo interesujące dla mnie stały się dylematy podstarzałego reżysera z przerośniętym ego. To Gustav, niczym guru w szaliku z piór z utworu Katarzyny Nosowskiej, próbował mnie uwieść sztuczką tanią jak łach. Zaliczyłam kolejny przystanek na trasie „jak wybić oglądającx z rytmu”. Losy Nory nie były dla mnie istotne. Ten postój prowadzi wprost do konstatacji, że historia oglądana z perspektywy postaci Reinsve jest niczym innym jak wydmuszką. Zerkniesz, ale się nie posilisz. Może ostro, ale dla mnie Wartość sentymentalna nie ma obiecanego w pierwszych minutach pazura. Gdzie? Gdzie to jest? Powtórzę za Nosowską, bo zamiast udziałem w katharsis kobiety porzuconej, norweski reżyser poczęstował mnie rozgoryczeniem. Tylko, że ja wcale nie chciałam go spijać z niczyich ust.
Opowieść o traumie i trudzie zawarta jest też w filmie Sorry, baby Evy Victor. Ten film zdecydowanie bardziej trafił w mój gust. Niestety nie otrzymał żadnej nominacji do Oscara.