Blue Velvet Davida Lyncha to bez wątpienia film kultowy. To także obraz pełen symboli i ukrytych znaczeń. Zaryzykuję stwierdzenie, że je rozszyfrowałam.
Blue Velvet Davida Lyncha obejrzałam po raz pierwszy, dopiero gdy po śmierci reżysera pojawiły się pokazy kinowe. I dobrze, bo miałam szansę patrzeć nań już oczami świadomej widzki, zdolnej odczytać więcej niż tylko to, co podane wprost. Myślę, że gdybym zdecydowała się na seans wcześniej, uznałabym, że film jest co najmniej dziwny, jeśli nie wręcz bez sensu. Dosłowne czytanie historii Lyncha nie pozwoli bowiem na pełne jej docenienie.
O czym jest Blue Velvet?
Historia przedstawiona w Blue Velvet wydaje się absurdalna. Oto bowiem Jeffrey Beaumont (Kyle MacLachlan) znajduje ludzkie ucho. Ma jednocześnie w swoim otoczeniu detektywa (George Dickerson), któremu może ten fakt zgłosić, a jego córka Sandy (Laura Dern) podpowiada mu, że nietypowe odkrycie może być powiązane ze śpiewającą w pobliskim klubie piosenkarką Dorothy (Isabella Rosselini). Wystarczająco bizarnie, prawda? Dalej jest tylko ciekawiej, bo chłopakowi udaje się poznać lokalną diwę. Dokąd zaprowadzi go ta znajomość? Dwugodzinna wyprawa po wytworach lynchowej wyobraźni stopniowo pozwoli nam rozgryźć tę zagadkę.
Blue Velvet mówi o dyskomforcie
By zrozumieć, co Lynch pragnie przekazać w Blue Velvet, trzeba przyjrzeć się wspomnianej przeze mnie wcześniej symbolice. I tak zaczynając od tytułu, niebieski aksamit to zapowiedź zgłębiania myśli bohatera. Na fakt, że Blue Velvet to raczej opowieść o problemach emocjonalnych Jeffreya niż romans, wskazuje też nazwa budynku, w którym mieszka Dorothy — Deep Water (ang. głęboka woda). Woda o intensywnym, wręcz granatowym kolorze to symbol trudności z tego obszaru. Lynch prędko zdradza nam też, że problemem Jeffreya będzie zorientowanie się, gdzie kończy się miłość czuła i delikatna — traktowana przez chłopaka jako godna pochwały — a gdzie zaczyna pożądanie i namiętność, których bohater raczej chce się wystrzegać. Taką informację moim zdaniem przekazują prezentowane nam w otwierającej film scenie żółte tulipany i czerwone róże. Wraz z nimi pojawiają się wóz strażacki i wąż ogrodowy, jakby sugerując konieczność ugaszenia czegoś
Także ucho nie jest przypadkowe — to symbol nieświadomości i jednocześnie wskazówka, że będziemy obserwować bohatera wydobywającego na światło dzienne niekoniecznie sobie znane elementy osobowości. Ważność tego skojarzenia moim zdaniem podkreśla też kolczyk, który widzimy w uchu Jeffreya. Można więc śmiało powiedzieć, że bohater będzie poruszał się w obszarze dyskomfortu.
Niemożliwe do zintegrowania sprzeczności
Zastanawiając się, z czego może wynikać dyskomfort Jeffreya, prędko dostrzeżemy, że ma on problem z ustaleniem, co sprawia, że zarówno Sandy, jak i Dorothy go pociągają. Kobiece bohaterki Blue Velvet — spokojna i opiekuńcza Sandy oraz ulegająca męskim żądzom Dorothy — są traktowane przez młodego mężczyznę zgoła odmiennie. Nasz bohater spogląda na Sandy z uwielbieniem i jest raczej ostrożny — choćby wtedy, gdy rozmawiają o powrocie do mieszkania piosenkarki — a działaniu Dorothy dość prędko ulega (a zachowanie piosenkarki w ich drugim spotkaniu świetnie oddaje zagrożenie, jakie bohater wiąże z seksem). Postaci kobiet służą zatem Lynchowi do zilustrowania dylematów głównego bohatera.
Sugestią, że odczuwana przez bohatera fascynacja seksem jest przez niego traktowana jako zagrożenie, jest też sposób, w jaki chłopak dostaje się do domu Dorothy — podszywając się pod eksperta ds. dezynsekcji. Robaki — które widzimy również w początkowych scenach filmu — symbolizują rozkład, zaniedbanie i coś, czego z życia chcemy się pozbyć. Podskórnie Jeffrey wie, że zaprzeczanie potrzebom ciała i traktowanie miłości jako kategorii wolnej od swobodnych kontaktów seksualnych, nie skończy się dla niego dobrze. Ale czy uda mu się połączyć to, co pozornie się nie łączy
Aksamitne przebudzenie
Choć Jeffrey musi być niepewny swojego położenia, do kwestii śledztwa podchodzi z typową dla młodych brawurą. Niczym innym jak brawurą bowiem jest chęć wyrwania Dorothy z rąk niebezpiecznego, zaangażowanego w szemrane działania bad guya. Chłopak dąży do swojego celu wytrwale, a jednocześnie stara się powściągnąć swoje instynkty (m.in. odmawiając skrzywdzenia Dorothy) Jego „relacja” z Frankiem to tak naprawdę znakomita ilustracja zmagań z konfliktem wewnętrznym. Gangster jest bowiem reprezentacją tego, czym Jeffrey w głębi duszy się brzydzi i co uznaje za zagrażające — brutalności i ulegania żądzy. Widać to wyraźnie w scenie, gdy bohaterowie jadą odwiedzić Bena, a chłopak protestuje przeciwko złemu traktowaniu Dorothy. To wystąpienie kończy się dla niego pobiciem, ale bohater nie wydaje się tym mocno przejęty. Bardziej martwi go, że wcześniej — mimo iż nie chciał — sam dopuścił się przemocy. Zmierzenie się z myślą, że może być jak Frank, pozostanie dla młodego mężczyzny wyzwaniem jeszcze przez chwilę.
Jest ciemno, ale widać światełko w tunelu
O tym, że Jeffrey widzi zachowanie Franka jako z gruntu złe, byłam przekonana od samego początku. Odczytałam to m.in. z wypowiadanego przez Franka kilkukrotnie zdania „Teraz jest ciemno” i pojawiającego się zaraz po nim obrazu gasnącego znicza. Moim zdaniem znikający płomień jest symbolem chęci Jeffreya do stłumienia rodzącego się w nim pożądania. Chłopak poszukuje oczyszczenia z — zaryzykuję to stwierdzenie — grzesznych myśli. Katharsis jednak nadejdzie dopiero wtedy, gdy ostatecznie zmierzy się z Frankiem.
Lynch w swoim filmie zachwyca szczegółami
W Blue Velvet wspaniałe jest m.in. to, jak dopracowany jest scenariusz. Każda scena jest tu potrzebna i nawet pozornie nieistotne szczegóły mają znaczenie. Potwierdzeniem mogą być choćby wspomniane już przeze mnie wcześniej kwiaty i robaki pojawiające się na początku filmu czy nazwa kamienicy. Detale w scenografii też świetnie„”. Klatka schodowa w kamienicy jest ciasna i mroczna, a w mieszkaniu Dorothy są ciemne zasłony i szafa, w której można się ukryć. Mieszkanie Franka znajduje się w opuszczonej części miasta, a postaci wchodzą do niego schodami przeciwpożarowymi. Miejsce znalezienia ucha to nieużytek z opuszczonym domostwem. To wszystko buduje w widzu niepokój. Takie uczucie z pewnością towarzyszy Jeffreyowi, który ma problem w odnalezieniu się w labiryncie własnych uczuć.
Scenariusz uzupełniają przemyślane kostiumy
Konflikt wewnętrzny Jeffreya z kolei podkreślony jest przez kostiumy bohaterek. Sandy ma ubrania w delikatnych pastelowych kolorach, a Dorothy nosi czerwień, czerń i błękit. Jedna z rozmów bohatera z Sandy toczy się pod kościołem, a w klubie wyraźnie zaznaczona jest fakt, że dziewczyna rzadko pija alkohol. Te detale moim zdaniem mają zasugerować nam, że Jeffrey traktuje Sandy jako niewinną dziewicę. Dorothy z jej makijażem, eksponującymi ciało sukienkami i zachętami do dotykania jest natomiast kobietą o wątpliwej moralności. Mamy zatem czytelne nawiązanie do zespołu Madonny i ladacznicy, w którym mężczyzna ma trudność w zintegrowaniu w sobie dwóch odmiennych podejść do kobiet.
Na uwagę zasługuje też dobór strojów dla Franka i jego współpracowników. Skórzana kurtka uważana jest za symbol władzy, kojarzy się z gwałtownością. Taki niewątpliwie jest adwersarz Jeffereya. Wyróżnienie pozostałych gangsterów poprzez garnitury — a zwłaszcza żółty noszony przez najważniejszego z nich — sugeruje pewność siebie tych mężczyzn. Jest jednocześnie kolejnym kontrastowym smaczkiem, bo garnitur kojarzy się z przestrzeganiem zasad i zachowaniem norm. O osobach z ekipy Franka nie można jednak powiedzieć, by „dobrze się prowadzili”.
W Blue Velvet nie zabrakło dobrego aktorstwa
Aktorsko Blue Velvet też stoi mocno. Kreacja Davida Hoppera to jedna z lepszych prezentacji postaci gangstera, jakie widziałam w kinie. Łatwość, z jaką aktor pokazuje rozdwojoną osobowość Franka, budzi we zachwyt. Podobne odczucia wywołuje we mnie Isabella Rosselini, która znakomicie pokazuje zarówno strach Dorothy, jak i jej fascynację brutalnością w seksie. Kyle MacLachlan i Laura Dern wcielający się w postaci Jeffreya i Sandy również grają znakomicie, a między ich bohaterami wyraźnie iskrzy. Lynch poprowadził zatem aktorów znakomicie, a przez to Blue Velvet ogląda się z przyjemnością. Moim zdaniem każdy powinien ten skusić się na choć jeden seans. Sama obejrzałam film już dwukrotnie, bo doceniam wypływające z niego przesłanie i jestem urzeczona zakończeniem. Jego akurat wam nie zdradzę, bo czy jest wtedy jeszcze sens włączać film?
Jeśli macie ochotę poczytać więcej o kinie, możecie zerknąć na wpis o filmach prezentujących kobiety albo zapoznać się z moją recenzją filmu Prawdziwy ból, dostępnego na platformie Disney+.
Zdjęcie ilustrujące wpis wykonała Tamanna Rumee, a pobrałam je z serwisu Unsplash.