Tytuły #6

Tytuły #6

Grudzień był miesiącem kończenia i rozpoczynania. W minionych trzydziestu dniach doczytałam dwie pozycje, które czekały na ten moment już od dłuższego czasu. Jednocześnie rozpoczęłam trzy kolejne. Ewidentnie pasuje mi taka niestałość czytelnicza i staram się dobierać książki tak, by ten styl czytania nie powodował problemów z powrotem do treści. Powieści mają więc mocno pod górkę. Ale kto by się tym przejmował jeśli liczba tytułów rośnie.

Tytułów grudnia jest więcej!

W minionym miesiącu zakończyłam lekturę 4 książek. Jest to spowodowane między innymi tym, że w przypadku niektórych wreszcie dobrnęłam do końca. Ma to jednak konsekwencję w postaci braku polecanego filmu, gdyż w grudniu obejrzałam jedynie Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć (i o dziwo nie tylko mocno się nie rozczarowałam, ale wręcz mi się podobało ;)

Chcę być kochana tak jak chcę – Katarzyna Miller & Ewa Konarowska

W marcu – po spotkaniu z autorką, którą ceniłam mocno za felietony w Zwierciadle w czasach, gdy czytywałam ten tytuł prasowy – trochę pod wpływem chwili zakupiłam tę książkę. Z perspektywy czasu i na bazie swoich ostatnich wrażeń, stwierdzam, że był to nietrafiony zakup. Książka Kasi i Ewy to długa rozmowa o „babskich” sprawach…które nie są moimi sprawami. Panie rozmawiają między innymi o tym, że wiele kobiet nie radzi sobie ze swoimi emocjami, wyrażaniem własnego zdania czy kończeniem niesatysfakcjonujących relacji. Była to dla mnie trudna i niezrozumiała lektura. Z niedowierzaniem śledziłam niektóre opowieści. Mimo, że książka ta miała być, w zamyśle autorek, raczej podnoszącym na duchu i wspierającym doświadczeniem, u mnie niestety było zupełnie na odwrót. Pojawiające się refleksje były w pewien sposób opresyjne, sabotujące moje poczucie własnej wartości. Wiedziałam, że kobiety są różne, ale odpowiedników siebie w tej długiej, babskiej dyskusji nie znalazłam. Nie znalazłam ani jednego fragmentu, z którym mogłabym się utożsamić i ani jednej myśli, której bym wcześniej nie znała. Dla mnie przeczytanie tej pozycji było więc przede wszystkim nauczką, żeby od kolejnych takich poradników trzymać się z daleka.

Zen to Done – Leo Babauta

Książka tę otrzymałam jako świąteczny prezent i od razu ją wchłonęłam. Głównie z tego powodu, że już na początku przygody z minimalizmem obiecałam sobie przeczytanie jeden z książek Leo Babauty. Zen to done nie tylko  zachwyciło mnie swoją prostotą w zakresie treści, ale też pokazało, że mam całkiem poukładany sposób pracowania. System, który Babauta prezentuje to nic innego jak synteza innych metod zwiększania produktywności połączona z doświadczeniem autora w korzystaniu z nich, głównie wskazaniem błędów jakie mogą doprowadzić do porażki na tym polu. To, co autor proponuje to opanowanie 10 nawyków w ciągu roku,  które pomogą usprawnić pracę. Wśród nich są takie, które już stosowałam i takie co, do których mam wątpliwość czy mi w czymś pomogą. To, co jest w metodzie zen to done najistotniejsze to fakt, że eliminuje ona podstawowy problem przy opanowywaniu nowych zwyczajów – multizadaniowość. Główną zasadą jest to, by kształtować jeden a już maksymalnie dwa nawyki równocześnie. Co więcej autor zachęca by wybrać nie tylko ich kolejność, ale też zdecydować czy dany nawyk będzie dla nas przydatny, a więc potencjalnie całkowicie go wyeliminować lub znacząco zmodyfikować. Ta elastyczność metody to jej największa zaleta, ale też swego rodzaju wyzwanie, bo nie dla każdego określenie co mu najbardziej będzie odpowiadało będzie proste. Mimo wszystko uważam, że warto z Zen to done się zapoznać. To właśnie ta książka natchnęła mnie do ograniczeń w zakresie konsumpcji treści w Internecie jaką teraz wdrażam u siebie w ramach usprawniania przepływu i sortowania informacji.

100 pomysłów na podróże – Bernadetta Bebe Baran

Książka Bebe to swego rodzaju leksykon znanych mniej lub bardziej podróżniczych taktyk okraszony dodatkowo inspirującymi i zachęcającymi do własnych poszukiwań najlepszych dla nas rozwiązań wywiadami. I o ile własnie te wywiady są bardzo mocną stroną tej książki, to lektura pozostałych fragmentów była dla mnie już nieco mniej wciągająca i komfortowa. Tym, co mi w dużej mierze przeszkadzało była pewna chaotyczność przekazu. Forma listy przyjęta przez autorkę i chęć opisania wszystkich sposobów spowodowała, że pewne tematy były jedynie wspomniane podczas, gdy inne zostały bardzo dokładnie opisane. Nie do końca mi odpowiadał także brak wyraźnego połączenia między niektórymi rozdziałami i brak dodatkowej struktury, która grupowałby np. optymalne kosztowo wyjazdy czy też takie dedykowane zwłaszcza studentom. Ten chaos oraz błędy edytorskie, które nierzadko utrudniały szybkie zrozumienie treści, mocno zniechęcały mnie do lektury i w zasadzie z uwagą przeczytałam głównie zamieszczone w książce wywiady.  Chłonęłam je z ciekawością nawet w momencie, gdy ich bohaterowie opowiadali o zupełnie dla mnie nieatrakcyjnych kierunkach podróżniczych czy sposobach dotarcia do nich. Niektórym pewnie taki sposób pisania o podróżach będzie odpowiadał, ale ja miałam inne oczekiwania w stosunku do tej pozycji, więc niestety trochę się zawiodłam.

Tokimeki – Marie Kondo

Po Magii Sprzątania nie sądziłam, że w Tokimeki znajdę coś dla siebie. Jednak zachęcona wpisem Kasi z bloga Simplicite sięgnęłam po kolejny tytuł japońskiej guru sprzątania. Niestety moje przeczucia były trafne. O ile Magia Sprzątania natchnęła mnie do odgruzowania swojej przestrzeni i znacząco przez to pomogła przed przeprowadzką, to Tokimeki nie wpłynęło zbyt mocno na dalszy mój rozwój w tym zakresie. To, co w niej znalazłam to rozwinięcie treści zawartych w Magii, obejmujące między innymi dodatkowe opisy sposobu składania ubrań czy historie Marie ze sprzątania z klientami.  O ile te treści dla niektórych mogą być bardzo przydatne, dla mnie były tylko miłym urozmaiceniem, gdyż z metody KonMari wybrałam jedynie to, co przystawało do moje rzeczywistości i stylu bycia. Książka ta uświadomiła mi jednak, że proces sprzątania się u mnie jeszcze nie zakończył. Dlatego też, tak jak Kasia stworzyła wyzwanie minimalistki, tak ja rzucam sobie wyzwanie polegające na ukończeniu porządkowania przestrzeni wokół mnie, bo kilka spraw woła o moja uwagę od jakiegoś już czasu.

Postanowienie książkowe na 2017

Jest jedno, bardzo krótkie i w sumie dotyczy całej kultury. Żadnych regulacji ani ścigania się ze sobą w tym, ile czego w miesiącu było. Będę nadal tworzyć podsumowania, ale ich funkcją nie będzie – jak dotychczas – kontrola jakości mojego czytania (o ile można mówić o jakości, gdy mierzy się liczbę przeczytanych książek) lecz danie sobie czasu na refleksję, co dany tytuł wniósł nowego do mojego myślenia. Myślę, że to zdecydowanie lepsze podejście niż ciągłe niezadowolenie, że książek na moim liczniku jest mniej niż u innych. Chętnie zobaczę jak takie działanie bez konkretnego planu mi się sprawdzi. Mam nadzieję, że będzie lepiej :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *