emiliamaciejewska.pl

Filozofia

Pod rękę z wiatrakami

Rok 2014 nie zaczął się dla mnie najlepiej. Stres, ogromne oczekiwania wobec samej siebie… Dodaj do tego jeszcze fatalny upadek na łyżwach oraz gips i już masz obraz tragedii. Ostatni tydzień był ogromną dawką negatywnych emocji. Emocji, z którymi udało mi się uporać.

Znacie to pewnie.
Nowy rok – nowy Ty.
Jest moc.
Są postanowienia, chęć wytrwania i wprowadzenia nowego porządku.
Nasze cele  są już konkretne i mają przybliżoną data realizacji.
Tak miało to wyglądać u mnie.
Krótka lista marzeń nadal gdzieś w szufladzie leży. Plan na „dobry początek” też. I uwierzcie mi, nie było to nic skomplikowanego. Ot, proza dnia codziennego: wysypiać się, czytać 10 stron książki dziennie, 4 ćwiczenia z angielskiego, aby do końca roku zdać CAE.
Wszystko zaplanowane.
Krok po kroku.
To się nie mogło nie udać.
A jednak.
Bajka o „nowej mnie” dość szybko zweryfikowana została przez rzeczywistość.
Sesja po tygodniu zabrała moje starania o chodzenie spać o północy i czytanie przed snem. O czasie na dodatkowe działania rozwojowe mogłam zapomnieć w obliczu konieczności zaliczenia większości egzaminów w przeciągu niecałych dwóch tygodni. 
„Ok – powiedziałam sobie – Zacznę po sesji”.
Nie chciałam odpuszczać.
Przecież jedynie błędnie zdefiniowałam cele przeceniając swoje możliwości w obliczu sesji.
Bywa.

Nie ukrywam, że sporo od siebie wymagam. Nie chcę być przeciętna, Bycie szarym człowiekiem nie jest dla mnie. Staram się rozsądnie inwestować swój czas, rozwijać się. W końcu nie tak łatwo teraz o pracę. Trzeba się wyróżnić, żeby zaistnieć. Jakoś tak ostatnio dotarło do mnie, że parę spraw przegapiłam podczas swojego studiowania. Nigdy nie miałam genialnych wyników, nie byłam na Erasmusie ani żadnym stażu zagranicznym. Dałam sobie teraz czas na nadrobienie. Wzięłam się za to ze zdwojona siłą od połowy stycznia. W końcu to może być mój ostatni rok na studiach.

Wczoraj ponownie obejrzałam Czarnego Łabędzia Aronofsky’ego. Jest coś cholernie niepokojącego w tym filmie. Niby mamy historię, w której ułożona i zorientowana na cel bohaterka pracuje na swój sukces. „Walcz”, „Nie poddawaj się.” Takie przesłanie zdaje się nieść z początku film. Bardzo pozytywne przesłanie. Ale gdy spojrzeć głębiej okaże się, że ta walka jest ponad siły. O niedościgniony ideał.
W pełni utożsamiałam się z zachowaniem bohaterki. Też byłam skłonna walczyć o marzenia do utraty tchu. Chciałam być perfekcyjna. O tak! Bardzo.

„Wymagaj od siebie, choćby inni nie wymagali”.

Echa błędnej interpretacji tego zdania jeszcze są obecne w moich myślach. Zepchnięte w kąt, stłamszone, zamknięte i pod kontrolą. Pamiętam, że ona wymagała za dużo. Potrzeba mi było prawdziwego wstrząsu, żeby to sobie uzmysłowić. Ten film był tak bardzo i tak na teraz…

Tydzień już mija jak siedzę w domu z nogą w gipsie. Nie przesadzę jeśli powiem „To trzeba przeżyć”. Twoja chęć bycia samowystarczalnym? Wsadź sobie ją…sam wiesz gdzie. Pogadamy o niej po tym jak się zorientujesz, że nie jesteś w stanie wykonać podstawowych czynności.
O przysłowiowej „walce z systemem” też najwięcej dowiesz się doświadczając niezrozumienia innych.
„Najlepiej by było, gdyby przyszła Pani osobiście”, „Proszę dołożyć starań i jednak dotrzeć na egzamin” „Bardzo mi przykro, ale otrzymuje Pani ocenę niedostateczną” To tylko nieliczne ze zdań, które ostatnio usłyszałam. Jasne. Dajcie teleport i wszystko ogarnę. Słowo.
Jeszcze w drodze ze szpitala liczyłam, że gips to taki dodatek do nogi i że przecież bez problemu pozaliczam wszystko w terminie. Wejście po schodach na 3 piętro brutalnie zweryfikowało moje podejście.

Jeżeli kiedykolwiek wydawało się Wam że zniesiecie wszystko, proszę Was, nie deklarujcie tego więcej. Nie wyobrażajcie sobie, że zdrowie nie jest czynnikiem, który może coś zmienić w waszych planach. Jeżeli będzie Was coś bolało, to nie liczcie, ze zignorujecie ból i będziecie działać tak wydajnie jak gdyby nic się nie stało. Wyrzuty sumienia jakie Was dopadną, gdy ból Was jednak pokona nie są warte Waszego poświęcenia.

Teraz już to wiem. Zanim jednak to nastąpiło minął tydzień. Tydzień, w którym niemal całkowicie się załamałam. Przed oczami miałam jeden scenariusz- ten nie zrealizowany. Byłam zdruzgotana własną porażką. Nie docierało do mnie, że to nie koniec świata i że za 2 miesiące będę znowu mogła zając się spełnianiem marzeń. Tych, które wymagają mobilności. Nie chciałam zrozumieć, że teraz też mogę skupić się na tym czego przy codziennym zabieganiu nie mogłam zrobić. Chciałam działać zgodnie z planem. Bez względu na warunki.
W końcu marzenia nie mogą czekać, prawda?
W myśl zasady: „Teraz. Szybko. Zanim dotrze do nas, że to bez sensu”.
Guzik prawda.
Myślenie jest trochę jak kot Schroedingera. Może Cie wzmocnić lub osłabić.
Wybierz tę lepszą opcję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *