Rozdział drugi

Rozdział drugi

Mimo, że był jednym z dłuższych, luty i tak minął mi szybko. I niestety przyniósł lekki spadek formy. Na szczęście było też kilka jasnych momentów. Podsumowanie lutego z opóźnieniem, ale musi się pojawić.

Bez celu nie zajdziesz daleko

Bieganie to kwestia, która w lutym została przeze mnie nieco zaniedbana. Pokazują to przede wszystkim wyniki w Endomondo – w styczniu przebiegłam 80 km, w lutym tylko 25. To zaniedbanie nie było jednak spowodowane znudzeniem tematem. W minionym miesiącu chciałam bowiem rozpocząć poranne treningi. Na decyzję o zmianie pory biegania wpłynęło odkrycie, że bieganie po kostce czy asfalcie na dystansie dłuższym niż 2-3 kilometry źle wpływa na moje kolana. Chciałam więc biegać tylko w lesie. Udało się 2-3 razy w dni robocze. Nadrabiałam weekendami oraz fitnessem raz w tygodniu. I choć jest to progres w stosunku do stycznia, gdzie tylko biegałam, trudno uznać te sporadyczne wypady za sukces. Czeka mnie jeszcze sporo pracy w tej kwestii.

Miesiąc odkryć

Luty był bardzo bogaty w wydarzenia. Wybrałam się w nim bowiem i do teatru i do muzeum oraz na konwent. I w wiele innych miejsc. Oto kilka najciekawszych historii.

Truciciel

Wybór Och-Teatru był tylko trochę przypadkowy. Jeszcze w zeszłym roku widziałam ulotkę tego spektaklu i zastanawiałam się nad jego obejrzeniem. Temat jednak jakoś się rozmył. Przy okazji święta zakochanych udało się na niego dotrzeć. Bawiłam się bardzo dobrze. Choć od zawsze lubiłam czarne komedie, nie spodziewałam się, że będzie aż tak śmiesznie. Truciciel opowiada bowiem o małżeństwie z kilkoma problemami. Ona – kobieta w depresji, którą obchodzi jedynie ból istnienia – nie może się pozbierać i zacząć żyć normalnie. Myśli też o samobójstwie. On zamiast ją wspierać, zastanawia się jak pomóc jej odejść na zawsze, by móc w końcu rozpocząć życie u boku innej kobiety. Wynajmuje do pomocy tytułowego Truciciela (w tej roli wspaniały Cezary Żak). Kto kogo otruje i czy w ogóle? W tym spektaklu nie było łatwo znaleźć właściwą odpowiedź a poszukiwaniom towarzyszyły salwy śmiechu. Zdecydowanie warto zobaczyć.

Wieczór dla dorosłych

Kolejna wizyta w Koperniku przyniosła mi wiele radości. Tematem przewodnim tego wieczoru była miłość i wszystkie związane z nią wydarzenia. Ponownie tym, co najbardziej mi się podobało w całym wypadzie był udział w warsztatach laboratoryjnych, na których miedzy innymi tworzyliśmy pozłacaną biżuterię i zdobywaliśmy wiedzę na temat cząsteczek chemicznych rządzących emocjami związanymi z zakochaniem. Nie sposób było też ominąć Planetarium, w którym czekała kolejna niezwykła opowieść. Tym razem były to miłosne historie bogów, od których imion pochodziły nazwy prezentowanych konstelacji. Wieczór uzupełniłam wizytą w Majsterni, w której walczyłam z grawitacją próbując układać konstrukcje na główce gwoździa. Taki rodzaj rozrywki – nieco wymagającej intelektualnie, ale też dającej wiele satysfakcji – zdecydowanie lubię.

Gry, gry, gry. Cały czas gram

W lutym odbyła się ZjAva, czyli konwent gier, na którym zaliczyłam maraton grania i wydałam majątek. O grach, które udało mi się wtedy rozegrać wspominałam już w osobnym wpisie. Przede mną jeszcze recenzja zakupionych egzemplarzy, które nadal testuję. Udało mi się również spotkać ze znajomymi na wieczór z grami, które oni zakupili na konwencie. Efekty intensywnej gry w kilka nowych tytułów niebawem pojawią się na blogu. Brakuje mi jeszcze tylko dobrych zdjęć i chwili by to wszystko opisać.

Filmowa przygoda rozpoczęta odkryciem

Jak luty to i Oscary. O nich również był już osobny wpis, ale luty wcale nie od oglądania nominowanych filmów się zaczął. Otworzył go poniedziałek w Lunie z filmem Zupełnie Nowy Testament. Tak absurdalnej historii – bo tylko szaleniec mógł wpaść na pomysł by wykreować rzeczywistość, w której Bóg jest zwykłym zrzędliwym facetem kochającym uprzykrzać ludziom życie – dawno nie widziałam. Historii, która jednocześnie dostarczyła okazji do refleksji nad tym, co dałaby nam wiedza o tym ile dni nam na Ziemi pozostało. Specyficzny humor bardzo przypadł mi do gustu i uzupełnił widowisko. Śmiałam się niejednokrotnie. Absolutnie warto było poświęcić czas na ten film.

Spotkania ze znajomymi bardzo owocne

I to nie tylko dlatego, że udało mi się zrealizować pomysł by spróbować kolejnych owoców morza (padło na ośmiorniczki, które były pyszne:). Były też spotkania, na których odkrywałam nie tylko nowe smaki i miejsca warte ponownego odwiedzenia, ale też niesamowite historie. Dowiedzieć się co niektórzy stawiają sobie za cel i co ich w danym momencie na maksa kręci, to naprawdę fajna sprawa. Zwłaszcza, gdy te cele czy pasje są kompletnie odmienne od naszych. Dla takich rozmów o wszystkim, gdzie historie przeplatają się ze snuciem planów na szalone podróże i niecodzienne aktywności, warto znaleźć miejsce. Wymiana doświadczeń, salwy śmiechu i szybka podróż w czasie, gdy wspomina się troszkę mniej bogate w troski momenty z przeszłości – coś pięknego.

Co dalej?

W marcu znów jest intensywnie. Zgodnie z planem reorganizuję swój tydzień tak, aby biegać z rana. Pilnuję też jedzenia warzyw i unikam pieczywa oraz podjadania słodyczy. Dzieje się dużo również dlatego, że w bieżącym miesiącu postanowiłam wziąć na warsztat wszystkie odkładane a konieczne do zrealizowania tematy takie jak choćby PIT i związana z nim zmiana Urzędu Skarbowego albo czekająca mnie zmiana umowy z bankiem. Czeka mnie również zamknięcie kwestii sprzątania mieszkań oraz planowanie wizyt u lekarzy celem pełnego sprawdzenia stanu swojego zdrowia. Powoli planuję także mniejsze wyjazdy i duże zakupy sprzętu do wakacyjnych wojaży. W tym sezonie na pewno będę chciała wybrać się w góry. To już swego rodzaju tradycja choć tym razem zapowiada się, że może być nietypowo, bo w nowym towarzystwie. Do tego wszystkiego dołączą też drobne przyjemności. Nie mogę się doczekać, kiedy o tym wszystkim opowiem.

8 rzeczy na Dzień Kobiet

8 rzeczy na Dzień Kobiet

Osiem rzeczy, które stanowią kompozycję wybuchową. W tym wyjątkowym dniu postanowiłam pochylić się nad kwestiami, które według wielu osób są ważnymi elementami życia kobiet, a według mnie raczej niekoniecznie. Albo zupełnie na odwrót.

1. Makijaż

Dobrze zrobiony z pewnością podkreśla największe atuty. Ale żeby tego podkreślenia potrzebować codziennie i każdego dnia odbierać sobie dodatkowy kwadrans (albo więcej!) snu? I żeby tak regularnie rujnować swój budżet wydatkami na coś tak ulotnego? Wyjątkowe okazje mogą sugerować potrzebę makijażu. Ja natomiast, choć kiedyś się nauczyłam absolutnych podstaw używania kosmetyków kolorowych, zupełnie świadomie ten punkt kobiecości ignoruję. Z lenistwa i skąpstwa powiecie. Być może. Ale wiecie co? Wcale nie czuję się z tym źle. Mnie nikt nie pyta czy wszystko w porządku, gdy zapomnę się umalować. Bo też nikt nie wie jak umalowana wyglądam (ja też nie pamiętam).
Takiej wolności od przymusu poprawiania wyglądu wszystkim kobietom życzę.

2. Szpilki

Kolejne dzieło szatana mające na celu utrudnianie kobiecie życia i marnowanie jej czasu. Przecież nigdzie szybko się nie dojdzie krocząc chwiejnie na ultra cienkich i ultra długich igiełkach. A i sam proces docierania nie należy do bezpiecznych. Niektórzy mówią, że to ładnie wygląda. Śmiem wątpić, bo widząc kolejne zniewolone przez chęć bycia wyższymi kobiety myślę tylko o tym, ile weźmie ich lekarz za kilka lat przy leczeniu powikłań od nadużywania tego typu obuwia. Albo jak długa będzie ich rehabilitacja, gdy przypadkiem jednak się przewrócą. I nie mówię tego dlatego, że sama nie umiem chodzić na wysokich obcasach. No dobra, może i na bardzo wysokich nie. Ale mam jedną parę pantofli na obcasie. Dosłownie jedną. Na bardzo specjalne okazje. Wolności od niewygodnego obuwia wszystkim kobietom życzę.

3. Szafa pełna ciuchów

Skoro już przy butach jesteśmy to porozmawiajmy i o tym mitycznym must have każdej kobiety. Podobno jest tak, że bez masy ciuchów, z których nie jest się w stanie nic wybrać nie można się uważać za prawdziwą kobietę. Tylko jakby brak w tym logiki. Bo przecież im więcej ubrań, tym więcej zestawów można stworzyć. W ogóle powiedzcie mi dlaczego nie można tak po prostu – oczywiście poza jakimiś ultra ważnymi spotkaniami – wyjąć z szafy czegokolwiek co jest czyste, a zestawione razem pasuje, i włożyć tego na siebie? Czegoś, w czym czujemy się dobrze. Właśnie w tym tkwi według mnie problem dużych szaf – są pełne ubrań, które ktoś uznał za fajne na wybrany sezon. Jeśli daliśmy się skusić a teraz dany fatałaszek nam się nie podoba najlepiej będzie się go pozbyć. I potem ewentualnie kupić sobie coś nowego. Ubranie, które rzeczywiście pokochamy. Rzadko znajduję takie sztuki, które muszę mieć od zaraz, więc zakupy robię tylko wtedy, gdy rzeczywiście coś mi się zniszczy i zacznę czuć brak. Radykalne podejście, ale działa. Wolności od przymusu zakupów co sezon wszystkim kobietom życzę.

4. Tipsy, manicure i inne cuda kosmetyczne

Może to skąpstwo, a może dziki fart, ale nigdy nie byłam u kosmetyczki ani manikiurzystki. Jedyny przybytek urody, który sporadycznie odwiedzam (ostatnio ponad rok temu) to fryzjer. A to tylko dlatego, że ciężko mi samej sobie ściąć końcówki. Nie wyobrażam sobie by ktoś miał ingerować w mój wygląd w sposób, który według niego jest słuszny. Nie jestem ekspertką ale uważam że im mniej kombinowania tym lepiej. I serio czuję się na tyle dobrze ze sobą, że te drobne codzienne nawyki kosmetyczne absolutnie wystarczają. Nie wydaję majątku by przez chwilę czuć się dobrze. To, co robię daje mi trwałe poczucie, że jest ok. Poczucia się ok bez masy upiększaczy z półki premium wszystkim kobietom życzę.

5. Ruch w kierunku zdrowia

Bardzo pozytywnie oceniam obecny hype na bycie fit i dbanie o siebie. I uważam, że każda kobieta powinna ćwiczyć jeśli tylko stan zdrowia jej na to pozwala. Diety, a zwłaszcza te bardzo radykalne, to według mnie bardzo delikatna materia, w której bez konsultacji ze specjalistą decyzji – w większym zakresie niż „nie jest słodyczy” czy „nie jem w nocy” – nie powinno się podejmować. Podstawy zdrowego odżywiania każdy z nas w szkole na biologii zaliczał, a czytać wszyscy też umiemy. To żadne rocket science, ale serio zdrowe odżywianie (czytanie etykiet pomaga!) w połączeniu z ćwiczeniami pozwala zachować zdrowie i poprawia samopoczucie. Wolności od złego stylu życia i stresu wszystkim kobietom życzę.

6. Kultura przede wszystkim

Kultura. Nie tylko ta osobista. Memy mogą poczekać. Serial może poczekać. Nie widzę nic złego w jego oglądaniu, ale czy przypadkiem nie jesteś uzależniona? Rozeznanie w tym, co dzieje się w sprawach kultury w świecie jest bardzo ważne. Oscary czy też koncerty ulubionego artysty – cokolwiek to będzie, da Ci szersze spojrzenie na świat jeśli mimo początkowej niechęci spróbujesz tego. Nie mam telewizora. Nie mam stałego łącza internetowego. Właśnie po to, by mieć czas i środki by iść do teatru, na kolację ze znajomymi czy na nowy film z DiCaprio do kina. Albo kupić książkę lub pojechać do innego miasta na koncert ukochanej kapeli. Czasami wymaga to ogromnej kontroli wydatków, ale naprawdę przy dużym samozaparciu jest do zrobienia. Jeżeli masz marzenia to znajdziesz sposób by je zrealizować. Serio.
Paulem Coehlo zaleciało, także wolności od ograniczeń i otwartości na nowe doświadczenia kulturalne życzę wszystkim kobietom i przechodzę dalej.

7. Własne zdanie

Im dalej na liście jesteśmy tym bardziej poważniej się robi. Własne zdanie to coś, co każdy – niezależnie od płci – mieć powinien. Może mówiąc, że na każdy temat trochę przesadzę, ale to ideał do którego powinno się według mnie dążyć. Albo świadomie rezygnować z jego mniej ważnych dla nas elementów. Choć też nie z tych krytycznie ważnych – jak znajomość historii kraju czy polityka – ale tych, które nic w naszym życiu nie zmienią dopóki nie jesteśmy fanami danej „działki”. U mnie na przykład jest to sport w rozumieniu transmisji rozgrywek. Wolę sama się ruszać a ta niewiedza bardzo nie boli, więc rezygnuję ze śledzenia tych kwestii na rzecz swoich pasji i bycia na bieżąco ze wspomnianą już polityką, która jednak oddziałuje na moją codzienność. Wolności od przekonania, że zdanie jednostki nic nie znaczy wszystkim kobietom życzę.

8. Niezależność finansowa

Moje marzenie jeszcze rok temu o tej porze. Teraz osiągnięta i z zadowoleniem pielęgnowana. Stale uczę się jak planować swoje wydatki tak by mieć wszystko czego mi potrzeba. Tak naprawdę to sprowadza się do nauki słuchania siebie. Do rozpoznawania własnych potrzeb i umiejętności dostrzeżenia motywacji swoich działań czy powodów dla których pewne zachcianki się pojawiają. Taka świadomość to nie jest coś, co zyskuje się z dnia na dzień. Na to pracuje się długo i ciężko. Mnie też nieustannie zaskakują wnioski jakie wyciągam z analizy niektórych moich zachowań i odczuć związanych z pewnymi sytuacjami. Wolności od zamknięcia na te analizy i umiejętności wsłuchania się w siebie wszystkim kobietom życzę.

Na zakończenie

Jeżeli czytasz aż dotąd to bardzo mnie to cieszy. Ten wpis absolutnie nie był planowany i powstał bardzo spontanicznie pod wpływem obserwacji moich odczuć związanych z mijającym już dniem kobiet. Ale te przemyślenia są dla mnie bardzo istotne. Jeżeli z czymkolwiek co tu przeczytałaś się nie zgadzasz – lub przeciwnie zgadzasz w pełni – daj znać w komentarzu. Jeżeli ten tekst w czymś Ci pomógł – podziel się nim z kimś, kogo przyszłość jest dla Ciebie ważna. Cokolwiek zrobisz, zrób to w zgodzie ze sobą.

Czego nauczyły mnie Oscary 2016?

Czego nauczyły mnie Oscary 2016?

I w tym roku oglądałam nominowane filmy. Zaryzykuję stwierdzenie, że nawet intensywniej w tym uczestniczyłam niż kiedykolwiek wcześniej. Tym razem oprócz podania swoich faworytów opowiem, co udało mi się wynieść ze śledzenia konkursu.

Wszyscy są krytykami filmowymi

Absolutnie wszyscy. Na czele ze mną. A im tych krytyków więcej, tym o wartościową opinię trudniej. Noszę się od dłuższego czasu z zamiarem zgłębienia oceny filmów od strony merytorycznej, ale jak dotąd celu tego nie zrealizowałam. Oceny moje, które znajdziecie w dalszej części wpisu, są zatem czysto laickimi wypowiedziami na temat odbioru filmu. Czasem uzupełnione są wycieczką w poszukiwaniu drugiego dna, którego być może wcale tam nie było. Czujcie się ostrzeżeni. Ale o ile ja jestem świadoma swojej niekompetencji, o tyle wielu jest takich którzy „wiedzą lepiej”. Zbyt wielu.

Każdy wie, który film był najlepszy

I chyba nikt, kogo opinię przeczytałam lub usłyszałam, nie kibicował Marsjaninowi. Wielu liczyło na Mad Maxa, do którego obejrzenia nadal nie mogę się przekonać, wiedząc, że istnieją poprzednie „części”. Jest we mnie też jakiś opór przed oglądaniem filmów mainstreamowych. Lubię kino, ale każdy seans traktuję jak wyjątkową okazję do dowiedzenia się czegoś nowego o sobie albo otaczającym mnie świecie. Dlatego też rzadko oglądam filmy „lekkie”, gdzie fabułę łatwo można przewidzieć po 10 minutach seansu albo, co gorsza, obejrzeniu trailera. Zdaję sobie sprawę, że takie podejście może pozbawiać mnie okazji do odstresowania się, ale co mogę poradzić na to, że obejrzenie blockbustera wywołuje u mnie poczucie winy. Czasami naprawdę czuję się mentalnie stara. Wracając jednak do najlepszych. W tej kategorii moim faworytem był Spotlight i tu udało mi się wyczuć tok rozumowania Akademii. Mimo, że Pokój i Big Short były filmami równie ważnymi i dobrze zrealizowanymi to Spotlight był tym, który trzymał mnie w napięciu i zaskakiwał w każdej sekundzie swojego trwania. I to własnie on obudził na nowo moje dziecięce marzenia o byciu dziennikarzem. Nie mogłam trzymać kciuków za cokolwiek innego.

Nie lubię Eddie’go Redmayne’a

Nie, bo…nie. Albo jednak, bo coś. Bardzo mnie irytował sposób w jaki kreował swoją postać w Dziewczynie z portretu. Alicia Vikander miała nie lada wyzwanie by dobrze grać u jego boku. Choć nie była moją faworytką w swojej kategorii – wolałabym zobaczyć z Oscarem Winslet, która zagrała na miarę tej nagrody – jestem pod wrażeniem. Jak więc zapewne cieszę się, że to nie jemu przypadł w udziale tytuł najlepszego. Ale… nie powinien być nim również Leonardo DiCaprio. Jego kreacja w Zjawie robi wrażenie. Jednak ma on na swoim koncie wiele bardziej wybitnych ról, które zaszczytu nominacji nawet nie dostąpiły. W mojej ocenie jest to zwyczajny policzek dla aktora. Komu zatem kibicowałam w tym starciu? Moim faworytem był Michael Fassbender. Steve Jobs to film, który mi osobiście bardzo przypadł do gustu choć wielu krytyków nie zostawiało na nim suchej nitki.

Oscary potrafią być przewidywalne do bólu w jednej chwili by potem zaskoczyć

Nie żebym nie kibicowała Brie Larson. W Pokoju pokazała, że wie co robi, a jej rola naprawdę mnie przekonała. W tej kategorii jednak nie było nikogo innego komu można było kibicować. Ronan poprawna, ale bez okazji do zabłyśnięcia. Lawrence nominowana mam wrażenie z przyzwyczajenia. Blanchett w roli Carol sztywna, nieprzekonująca i daleka od kunsztu, który pokazała w Blue Jasmin. Podobnie przewidywalne były nagrody w kategoriach technicznych – tu triumfował Mad Max – oraz zwycięzca kategorii Najlepszy długometrażowy film animowany, czyli W głowie się nie mieści. Nie można było również być zaskoczonym, gdy Morricone odbierał Oscara za muzykę do Nienawistnej Ósemki. Choć nie wiem czy była to jego najlepsza ścieżka, bo filmu nie widziałam (nie lubię Tarantino, nie bijcie!), kojarzę kilka innych jego dzieł, o których powiedzieć, że zostały niedocenione to mało.

Nieco natomiast zaskoczyło mnie, a nawet zdenerwowało, ponowne nagrodzenie Innaritu za najlepszą reżyserię. Liczyłam, że Akademia da szansę komuś innemu i mocno kibicowałam Abrahamsonowi. Trud włożony w przygotowanie do roli Jacoba Tremblay’a, którego efekt zapierał dech w piersiach – To moim zdaniem zasłużyło na statuetkę. Pozytywnym zaskoczeniem natomiast była dla mnie wygrana Marka Rylance’a za rolę drugoplanową w Moście Szpiegów. Choć sam film mogę określić jedynie jako ciekawy, to akurat postać Abla była dla mnie tą, której kibicowałam, a sam Mark moim faworytem w swojej kategorii. Liczyłam się jednak z tym, że statuetkę odbierze mu Stallone (choć Creed jeszcze przede mną) lub Hardy. Szczęśliwie tak się nie stało.

Animacje są fajne, ale Akademio…dlaczego?

Kompletnie nie rozumiem wyboru Niedźwiedziej opowieści. Animacja wizualnie była ładna, historia w niej opowiedziana wzruszająca, ale zabrakło mi głębszego morału czy nietypowego podejścia do zagadnienia samej animacji jak to miało miejsce w Prologu – gdzie miało się wrażenie, że twórcy ożywili swoje szkice – czy Świecie jutra, w którym postaci były bardzo prosto nakreślone w konwencji przypominającej memy. Ten ostatni podobał mi się przede wszystkim ze względu na tematykę, którą podejmował, czyli kwestię przyszłości i klonowania ludzi. Seans skłonił mnie do zatrzymania się i pochylenia nad tematem rozwoju klonowania czy sztucznej inteligencji. Zresztą gdyby tematyka miała być zbyt kontrowersyjna, było jeszcze równie ciekawe fabularnie i zgrabnie zrealizowane rosyjskie Nie możemy żyć bez kosmosu, które w ciekawy sposób zadawało pytanie o sens podróży kosmicznych. Od werdyktu Akademii naprawdę gorsza byłaby tylko wygrana i tak już wielokrotnie nagradzanego studia Pixar i jego Sanjay’s Super Teamu.

Aktorskie krótkometrażówki potrafią wzbudzić więcej emocji niż niejeden pełen metraż

W tej kategorii miałam dwa typy – opowiadający o pierwszym dniu pracy tłumaczki w Afganistanie Day One oraz obrazujący konflikt na Bałkanach dramat Shok. Oba filmy poruszyły mnie surowością przekazu i historiami, które ukazywały. Aktorzy także, choć kompletnie nieznani, w swoich rolach byli przekonujący. Tego ostatniego elementu nie zabrakło też w zwycięskim Jąkale, ale mimo wszystko film ten nie pokazał według mnie nic bardzo nowego. I choć problem z komunikacją głównych bohaterów można przenieść na grunt uniwersalny i odebrać go jako współczesny problem z komunikacją jako taką, film ten wnosi nieporównanie mniej niż tytuły którym kibicowałam. Gdyby wygrało Wszystko będzie dobrze, opowiadające historię ojca, który nie może pogodzić się  z faktem, że córka nie mieszka z nim po rozwodzie też bym się nie dziwiła aż tak. Ostatni film ze stawki, Ave Maria, przynajmniej był zabawny. Jąkała był dla mnie najbardziej neutralny, a mimo to zwyciężył.

Filmy nieanglojęzyczne pozostają nadal tajemnicą

Nie obejrzałam wszystkich, więc trudno mi rozstrzygać czy było coś lepszego niż Syn Szawła. Nie był to jednak Mustang, choć przyznam, że mi się podobał. Od czasów ostatniego Warszawskiego Festiwalu Filmowego chętnie podejmuję wyzwanie oglądania filmów prezentujących odmienne kultury i tym razem się nie zawiodłam. Mustang rzeczywiście pokazał to, co obiecywał – walkę o wolność od tradycji i o wolność w rozumieniu stanowienia o sobie. A także siłę siostrzanych więzi i determinację w dążeniu do celu.
Syn Szawła także pośrednio dotykał tematyki rodziny, ale jeszcze mocniej okrucieństwa wojny, a przede wszystkim tematu zagłady w obozach, której świadkiem codziennie był tytułowy Szaweł. Głównym pytaniem, które stawiałam sobie po filmie, było to jak taka sytuacja może wpłynąć na człowieka i jakie konsekwencje będzie on musiał ponieść. Oraz to, jak możliwe było to, że film odbierałam na chłodno i bez wielkich emocji. Musiałam chwilę się zastanowić, po co właściwie autor stworzył ten obraz i nie znalazłam odpowiedzi, która by mnie w pełni usatysfakcjonowała. Może dlatego, że żadnego ukrytego przekazu w filmie nie miało być, a jego celem było pokazać realia tamtych dni?

Nie żałuję, że przespałam galę

Poranny przegląd mediów utwierdził mnie w słuszności mojej decyzji o witaniu tygodnia wyspaną. Ten rok nie obfitował w spektakularne akcje czy wyszukane dowcipy prowadzącego, a festiwal sukien na czerwonym dywanie to kompletnie nie moja bajka. Kiedyś pewnie skuszę się na śledzenia gali od początku do końca. Dla samego doświadczenia. Do tego czasu na pewno nie zapomnę o tym, co w tej gali powinno liczyć się najbardziej, czyli o samym kinie. I pewnie znów postanowię przygotować się merytorycznie do komentowania. Filmowa przygoda byłą bardzo ciekawa i pozwoliła przełamać mi kilka barier utrudniających mi odbiór kina, więc trzeba iść krok dalej.