Wyjdź, pobiegnij, powtórz

Wyjdź, pobiegnij, powtórz

Wykonujesz krok. I następny. Nogi niosą Cię daleko. Ulica choć szeroka i dobrze oświetlona pozostaje pusta. Ta cisza i lekkość pozwala Ci myśleć o wszystkim. Prawdziwa wolność zaczęła się właśnie teraz.

Już miałeś odpuścić i po wieczornym wyjściu ze znajomymi zmęczony dniem położyć się spać. Nie poddałeś się jednak i wiesz, że wygrałeś. Świadomość, że pokonałeś swoją słabość po raz kolejny i biegniesz tak jak założyłeś sprawia, że czujesz się dobrze. Nawet bardzo. Niełatwo przecież spojrzeć sobie w twarz po tym jak łamie się składaną samemu sobie obietnicę. Teraz już zawsze, gdy odczujesz pokusę by zostać w domu będzie pamiętał to uczucie zwycięstwa.

Stan flow. Nogi pokonują kolejne kilometry w równym tempie. Już nie biegasz, a płyniesz. Codziennie dalej.

Filmowe podsumowanie roku 2015

Filmowe podsumowanie roku 2015

Nie znajdziecie u mnie listy 10 najlepszych filmów 2015. Głównie dlatego, że najprawdopodobniej naraziłabym się wielu osobom nie umieszczając pewnych tytułów. Nie z braku dobrej woli bynajmniej a dlatego, że nie udało mi się zobaczyć nawet większości filmów, które w 2015 roku miały swoją premierę. Ale i tak się działo.

Ile, kiedy i jak?

W czasie ostatnich 365 dni udało mi się obejrzeć 59 filmów. To daje jak łatwo policzyć więcej niż 1/ tydzień. Spory udział w tym wyniku z pewnością miały „Tanie Poniedziałki” w Kinie Luna – które uwielbiam – i udział w festiwalach filmowych. Te ostatnie wpłynęły mocno na tytuły, po które sięgnęłam w minionym roku. Pełne podsumowanie ocen poniżej. Mocno widać na nim rezultat mojego podejścia do kina w ostatnim czasie, czyli decyzję by chodzić na filmy, które mogą mnie zaskoczyć lub te, co do których nie jestem pewna czy mi się spodobają.

Filmweb 2015

Co mi się najbardziej podobało

Filmów, które oficjalną światową premierę miały w 2015 na mojej filmwebowej liście jest tylko 18. Wśród nich nie ma jednak wielu „pewniaków”, które być będę nadrabiać na tanich seansach albo odpuściłam ze względu na swoje preferencje. Nie liczyłam również filmów z roku 2015, które obejrzałam po 1 stycznia.

Lista ta wygląda następująco:

  • Slow West,
  • Pentameron,
  • Korporacja,
  • Rozrywka,
  • Podróż Chasuke,
  • Orzech,
  • Apostata,
  • Sicario,
  • Klucz do wieczności,
  • Minionki,
  • Mały Książę,
  • Papierowe miasta,
  • W głowie się nie mieści,
  • Idol,
  • Bezwstydny Mortdecai,
  • System,
  • Chappie
  • Jurrasic World.

Najlepszy z tego zestawienia film w mojej ocenie to Podróż Chasuke. Film ten widziałam w ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego, o którym szerzej pisałam dla Portalu Polibuda.info. Film ten jest jednak na tyle niezwykły, że warto polecić go raz jeszcze. Nie spodziewałam się, że kino azjatyckie może być tak przystępne.

Plany na rok kolejny

Przede wszystkim – nie ilość a jakość seansów. Pewnie znów spróbuję obejrzeć filmy nominowane do Oscara czy te, które zdobyły Złote Globy. Nie zakładam jednak, że każda głośna premiera będzie dla mnie okazją do wizyty w kinie. Na tę chwilę oczekuję – jak pewnie większość kinomanów – premiery Nienawistnej Ósemki i Zjawy (oby DiCaprio dostał w końcu Oscara!). Interesuje mnie także kontynuacja przygód w świecie Harry’ego Pottera, czyli „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”, oraz kolejne dzieło braci Cohen, czyli „Ave, Cezar!”. To jednak póki co jedyne filmy z roku 2016, w kwestii których zdecydowana jestem na inwestycję w bilet kinowy. Głównym wyzwaniem tego roku bowiem będzie nadrabianie klasyków kina. Najchętniej na dużym ekranie.

Co i kiedy? Nie mam konkretnego planu.

 

 

 

 

Rok porządków i przygotowań

Rok porządków i przygotowań

Rok 2015 był rokiem, w którym ukończyłam duże wyzwania – znalazłam pracę, która mi odpowiada, wyprowadziłam się z domu i zaczęłam oddychać pełną piersią. To ostatnie oraz wytrwałość pozwoliły mi zrealizować cele, których przed sobą rok wcześniej nie stawiałam, a których osiągnięcie zupełnie zmieniło moją codzienność.

Początek był pozornie prosty

Pamiętam, że celem niemal pewnym do osiągnięcia na ten rok była obrona pracy dyplomowej. I to rzeczywiście się stało. Zostałam magistrem biotechnologii. Dalej jednak zadziało się wiele niespodziewanych zdarzeń. Na początku roku, gdy w przerwach od pisania pracy przeglądałam oferty pracy, nie spodziewałam się, że przyjdzie mi podjąć najtrudniejszą chyba w całym życiu decyzję. Decyzję o rezygnacji z pracy w „zawodzie”. Zawodzie w cudzysłowie, bo w Polsce wciąż nie ma rynku pracy dla biotechnologów. Choć studia były niezwykle ciekawe a perspektywa pracy przy innowacyjnych i kontrowersyjnych projektach kusząca, prowadzenie badań do pracy dyplomowej zweryfikowało moje marzenia o byciu naukowcem.

Nie tylko fakt, że uzyskanie rezultatów wymagało więcej cierpliwości niż miałam wpłynął na tę decyzję. Kluczowa była też atmosfera pracy w takich jednostkach. Z rozmów ze znajomymi wiedziałam, że moje miejsce realizacji pracy było dobrym reprezentantem tego, jak praca naukowa w Polsce wygląda. Gwoździem do trumny była jednak opłacalność tego zajęcia. Choć praca do łatwych nie należy niestety wysokość zarobków nie rekompensuje podjętego wysiłku. By było lepiej badacze walczą o finansowanie z grantów. Te jednak są ograniczone a młodzi doktoranci naprawdę muszą się postarać by wygrać. Znam kilka osób, którym się udało. To jednak nie będzie moja droga. Nie będę stresować się codziennym brakiem wyników i psuć sobie humoru niepowodzeniami. To może zabrzmieć jak poddanie się, odpuszczenie sobie. I dokładnie tym moja decyzja była. Po jej podjęciu poczułam, że zrzucam z siebie ogromny ciężar.  Byłam i jestem nadal zadowolona, że postanowiłam rozwijać inne swoje pasje.

…ale pewne decyzje niosły ze sobą wyzwania

Powiedzieć, że po podjęciu decyzji było już tylko łatwiej to jak stwierdzić, że wyciskanie 100 kg dla dziewczyny o masie 45 kg to pikuś. Szukałam pracy związanej z aktywnościami jakie podejmowałam w podczas działalności w portalu studenckim. Czyli w szeroko rozumianym marketingu, redakcji lub PR. Nie miałam ukończonych studiów kierunkowych ani dużego doświadczenia. Jedynym była działalność studencka, która różni się znacząco od pracy zawodowej. Nie wiedziałam więc czy chcę pracować przy zakupie mediów, być dziennikarzem czy też może zostać specjalistą od pozycjonowania stron. W praktyce oznaczało to wysyłanie swojego CV w odpowiedzi na wiele ofert o różnym zakresie obowiązków. Ten etap zajął mi niemal trzy miesiące minionego roku. Niezbyt dobrze wspominam tamte dni. Kompletnie nie byłam gotowa na taką porcję stresu i emocje, które mi wtedy towarzyszyły. Najlepszym dowodem na to może być chyba fakt, że nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnego dużego osiągnięcia z tamtego okresu. Poszukiwanie pracy stało się swego rodzaju blokadą przed dokonywaniem postępów w realizacji innych celów.
Chodziłam na kolejne rozmowy, wykonywałam zadania rekrutacyjne… jednak powoli miałam coraz mniej nadziei i coraz częściej na chłodno podchodziłam do kolejnych spotkań. Spotkań na których najistotniejsze dla potencjalnych pracodawców było to, że nie ukończyłam studiów z zakresu marketingu. Częste odpowiadanie na pytanie: „A czemu nie praca związana z kierunkiem studiów?” spowodowało, że utwierdziłam się w chęci działania w tej branży. W maju miałam już odpowiedź, która przekonała jeden z większych domów mediowych do zatrudnienia mnie na trzymiesięczny miesięczny staż.

Korporacja w rzeczywistości

To były chyba najdłuższe trzy miesiące w moim życiu. Choć cały czas uczyłam się nowych rzeczy, pogłębiana wiedza nie sprawiała, że czułam iż zmierzam w dobrym kierunku. Nie rozwijałam się. Uczyłam się bowiem procedur, które potem miałam już co miesiąc wykonywać w określonych okresach miesiąca. Dla kogoś kto lepiej czuje się, gdy może coś tworzyć i analizować, przepisywanie danych w Excelu nigdy nie będzie pracą marzeń. Nawet oferowane zarobki i bonusy w postaci spotkań integracyjnych czy częstych szkoleń nie były w stanie poprawić samopoczucia. Albo raczej czyniły to, ale efekt utrzymywał się zbyt krótko.
Czas stażu był dla mnie kolejnymi trzema miesiącami, gdzie nie zrealizowałam zbyt wielu planów. Zwyczajnie po ośmiu godzinach takiej pracy nie miałam już siły na inne działania umysłowe. Dołączając do tego fakt, że jednocześnie się przeprowadzałam do Warszawy mogę powiedzieć, że i tak nieźle zniosłam ten okres. Patrząc z perspektywy czasu praca ta przyniosła mi kilka korzyści. Nie tylko dowiedziałam się czego robić nie chcę, ale też dostałam bardzo mocny punkt w CV potwierdzający moją chęć rozwoju w wybranej branży. Punkt, który udowodnił kolejnym odbiorcom moich aplikacji, że brak kierunkowego wykształcenia może nie być słusznym kryterium oceny przyszłego pracownika.
Nową pracę znalazłam jeszcze zanim umowa z domem mediowym wygasła. Musiałam jednak trochę odetchnąć.

Podróże, podróże

Rok 2015 przyniósł mi dwa dość skromne wyjazdy, które jednak pozwoliły naładować całkiem skutecznie baterie. Jednym z nich była wyprawa w Bieszczady w czerwcowy długi weekend podczas której zdobyłam polską koronę tego pasma gór. W ciągu czterech dni udało mi się też zaliczyć Wielką i Małą Rawkę oraz ponownie wspiąć się na Połoninę Caryńską. Z wyjazdu wróciłam z mega zakwasami, ale zadowolona. Pierwsze wyzwanie było zaliczone.

W sierpniu ruszyłam na północ, prosto do Gdańska. Tydzień wypoczynku poza licznymi wizytami na jarmarku i na plaży obfitował też w wiele innych atrakcji.  Zwiedziłam miedzy innymi muzeum zabawek gdzie odbyłam podróż do czasów nawet chyba moich rodziców i udało mi się rozpoznać kilka kultowych rzeczy. Zobaczyłam także wieżę widokową z której udało mi się zrobić kilka fajnych fotek. Byłam też na Helu na wycieczce, po której żałowałam, że to nie było miejsce docelowe podróży. Morze tam nie było dotknięte sinicą, która uniemożliwiała pływanie w pozostałych kurortach. Trafiliśmy tam również w dość pochmurny dzień i ta wyludniona plaża bardzo mi się spodobała. Podobnie jak powrót promem przy zachodzie Słońca. Kiedyś tam jeszcze wrócę choć pewnie nie w tym roku. Ale o planach później.

Pozytywne zaskoczenia

Z wizyty w Gdańsku wróciłam do nowego. Do swojego mieszkania, które już zaczęło wyglądać tak jak chciałam i do nowej pracy. I może pisząc, że wreszcie odczułam „dobrą zmianę” trochę przesadzę tak w zasadzie było. Kolejne miesiące to była nauka i planowanie. Nie tylko nauczyłam się wielu przydatnych umiejętności z zakresu social media, którymi teraz się zajmuję, ale też potwierdziło się to, co w co do ostatniego dnia w poprzedniej firmie wierzyłam – w pracy może panować dobra atmosfera, a ludzie, z którymi się pracuje nie muszą być jedynie znajomymi z pracy i nikim więcej. Po 8 h zaś nie trzeba zmęczonym wracać do domu. Można wszystko zaplanować tak by udało się nawet to czego nie planujemy. Niemożliwe? A jednak.

Porozmawiajmy o bieganiu

O czymś czego przez całe swoje życie serdecznie nienawidziłam. I co kojarzyło mi się jedynie z lekcjami wf, gdzie zawsze dostawałam najniższą ocenę za tzw. „starania”. Bo zawsze moje wyniki były słabe. Były, bo jak się od kogoś wymaga by biegał kilometr poniżej 5 minut bez przygotowania to raczej nie może być inaczej. Pierwszy raz do biegania powróciłam po kontuzji kolana w 2014 roku. To jednak nie był powrót na stałe i miał jedynie na celu powrót do sprawności, a na tamten moment była to aktywność „*dozwolona”. To był trudny okres, który sporo mnie nauczył o czym już wcześniej pisałam.

Do biegania na stałe powróciłam w listopadzie minionego roku. To był impuls. Weszłam na wagę i stwierdziłam, że jest źle. I że nie mam zamiaru płacić za zajecia na które nie będę chodzić po 2 tygodniach od rozpoczęcia. Buty miałam chyba wcześniej (nie pamiętam kiedy kupiłam, przysięgam). Wyklinałam w Google  program „Biegaj 40 minut” i się zaczęło. Mało zimowa zima mocno pomogła. Gdy to piszę jestem w dziewiątym tygodniu wyzwania. Zaczęły się mrozy, a ja dalej 3 razy w tygodniu ruszam w trasę by biegać z przerwami już nie 10-15 minut a ponad pół godziny. Nie wierzyłam, że wytrwam tak długo i że bieganie 10 minut bez zatrzymania będzie dla mnie osiągalne. Jest. Nawet przy 10-stopniowym mrozie. Co sobotę dodatkowo biegam po lesie (mieszkanie na Kabatach pomaga ;). To są chyba najlepsze dni. Oprócz treningu i dobrego samopoczucia mam czas, aby zastanowić się co dalej. I pomyśleć co mnie w danym tygodniu bolało. I jak to zmienić. Raczej nie będę biegać maratonów. Nie wiem czy zostanę z bieganiem gdy już przebiegnę swoje 40 minut. Na ten moment wiem jednak, że jak się uprę to mogę i zrobię. A to wartościowa wiedza.

Plany na 2016

Bogate. Jak co roku. tym razem przepuściłam je jednak przez solidne sito zdrowego rozsądku. Są tylko trzy duże punkty. Małe listy celów krótkoterminowych i lista marzeń na pewno przypomną o sobie w swoim czasie. Podobno w życiu potrzebna jest też spontaniczność. Kolejne punkty mogą więc z biegiem czasu się pojawiać ;)

1. Dbanie o czas na uprawienie sportu i zdrowe odżywianie

Przez zdrowe odżywianie rozumiem świadomość tego, co jem. W praktyce oznacza to unikanie rzeczy, które szkodzą i stawianie zawsze na „domowe”, zrobione przeze mnie. Lubię gotować, a po nowym roku w domu pojawiły się nowe zabawki, więc będzie się w tej kwestii działo.

Nadal będę mierzyć się z ostatnimi tygodniami programu „Biegaj 40 minut”. Chcę też kontynuować uczęszczanie na fitness, które rozpoczęłam w grudniu. Nie wykluczam także powrotu do tańca, który był moja wielką pasją w ogólniaku. Na celowniku jest również kolejna polska korona gór – Rysy.

2. Blog

Największa porażka roku 2015. Poza kilkoma zrywami nie miałam kompletnie pomysłu jak to ogarnąć. Wiedziałam, że chcę pisać, ale zawsze coś wypadało. Pewne działania już zakończyłam więc i na to w tym roku znajdę sposób. Tematy okołoblogowe takie jak między innymi rozwój w social media, zgłębienie zagadnień optymalizacji Analyticsa, SEO i  HTML czy CSS też przede mną (ok, to ostatnie udało się zacząć w minionym roku ale to dopiero początek).

3. Python

Temat otwarty w listopadzie poprzez uczestnictwo w warsztacie organizowanym przez Geek Girls Carrosts. Warsztat pokazał mi przede wszystkim, że programowanie to nie jest czarna magia. I że myślenie algorytmiczne to coś, co absolutnie mogę opanować. Nie będzie super łatwo, ale zdecydowanie jest to realne. Uwielbiam takie doświadczenia a uczestnictwo w spotkaniach Karotek zdecydowanie polecam.

4. „Zaliczenie” atrakcji i wydarzeń

Czyli oglądanie filmów, czytanie książek i granie w coraz to nowsze planszówki czy spontaniczne akcje związane z koncertami albo aktywnością fizyczną na pewno będą grane. Podobnie rzecz się ma z wydarzeniami na których zwykłam się pojawiać – terminy nie są znane do ostatniego tygodnia, dwóch przed. Mimo to zawsze udaje mi się wpasować je w plan tak, by złapać dawkę wiedzy czy inspiracji. Lub nie jeśli tematyka mi nie odpowiada. Warszawska oferta meet-upów jest bardzo bogata – praktycznie każdy znajdzie coś dla siebie. Sztuką jest zdecydować gdzie warto się pojawić. Tego nauczył mnie ostatni rok. Co zobaczę i kiedy zostanie zrealizowane? Nie wiem. I podoba mi się ta niewiedza.

Rok decyzji i podejmowania wyzwań

Miniony rok był czasem porządków. Cele na tamten czas postawione uległy modyfikacjom, to prawda. Przetrwałam jednak ten okres i wyniosłam z niego doświadczenie, które daje mi możliwość wejścia w kolejne dwanaście miesięcy z energią i świeżym spojrzeniem na wiele spraw. Co by się w 2016 roku nie działo na pewno będzie ciekawie. I na pewno sobie poradzę. Tego mogę być pewna. Reszta to kwestia czasu.